czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
Blog > Komentarze do wpisu

DZIECI Z BULLERBYN

W ciągu ostatnich kilku tygodni dwukrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z bliskimi mi osobami na temat „Dzieci z Bullerbyn”. Najpierw Mój Anioł powiedział mi, że to książka jej dzieciństwa. Tak samo jak i mojego. Anioł biegał niedawno od kiosku do kiosku do kiosku by kupić Gazetę Wyborczą z płytą mp3, która rozeszła się w mgnieniu oka. A kilka dni temu mój przyjaciel Hrabia, wyznał nam to samo. Było coś niesamowitego w tym, że pewnego wieczoru trójka dorosłych, poważnych ludzi prowadziła dyskusję na temat przygód Lisy, Lasse, Bosse i innych...

Przez pierwsze dwa lata mojej edukacji chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 31. Niewielki budynek z czerwonej cegły stojący na skraju cmentarza przy kościele p.w. Sw. Stanisława Kostki. Czy ktoś jeszcze pamięta, że tam był cmentarz? U nas to okreslenie funkcjonowało bardzo długo. Pamiętam porozrzucane po całym terenie płyty z dziwacznymi i niezrozumiałymi dla nas inskrypcjami gotykiem. Właściwie to do tej pory mówimy, że n.p. idziemy przez cmentarz, mimo, że śladu żadnego już nie ma. No, może prawie nie ma. Czasem pojawiają się, jak ostatnio, przy budowie nowego budynku. Przeczytałem w gazecie, że kopiąc dół pod fundamenty, natrafiono na resztki poniemieckich nagrobków, lecz ludzkich szczątków nie odnaleziono. Jakoś nie chce mi się wierzyc w szczerość tych zapewnień.

Ależ mi opowieść zeszła z niewinnego wątku dziecięcej książki na mroczne rozkopywanie grobów. Z pisaniem jednak jest tak jak z zeglowaniem po nieznanych wodach. Niby wie się, w którym kierunku trzeba płynąć, lecz nie wiadomo dokąd niespodziewanie zdryfujemy.

Przez ów cmentarz stopniowo zamieniany w park prowadziła moja codzienna droga do i ze szkoły. Po lekcjach często zachodziłem do biblioteki, a ponieważ juz w pierwszej klasie czyatnie szło mi nieźle, książki wypożyczałem często, na co zwrócila uwagę bibliotekarka. Bywało, że zaczynałem czytać zaraz po wyjściu z budynku. „O Wojtku co chciał zostać strażakiem” (albo coś w tym rodzaju – nie pamietam dokładnie tytułu) skończyłem czytać zanim doszedłem do końca cmentarza. Pamiętam swoje rozczarowanie. Nie wiedziałem czy wracać do biblioteki po następną książkę, czy iść dalej do domu. Dom był niemal po drugiej stronie ulicy, więc zdecydowałem już nie zawracać.

Krótko po „Wojtku” zaś trafiła mi się prawdziwa „cegła”, lektura dla klasy II, „Dzieci z Bullerbyn”. Nie miałem zielonego pojęcia o czym to jest. Ot, lektura, którą trzeba przeczytać. Nawet nie zacząłem wertować jej na cmentarzu. Dopiero w domu, po obiedzie.

Nie pamietam już, co działo się potem. Wiem tylko, że gdy zacząłem ją czytać w t.zw. dużym pokoju tamtego popołudnia (mieliśmy dwa pokoje w naszej oficynie na parterze – jeden „duży”, przejsciowy oraz „sypialnię” albo „sypialkę”, jak zwykła mawiać moja babcia) prawdziwie odleciałem. Zapomniałem o podwórku, kolegach, o całym bożym świecie. Czytałem jak się sciemniało, przerwałem na kolację, a potem kontynuowałem w łóżku. W tej chwili bardzo niewiele zostało mi w głowie z treści książki i wciąż pozostaje dla mnie fenomenem, ze tak wielkie zrobiła na mnie wrażenie. Przecież na pozór nie było w niej nic nadzwyczajnego. Trudno wyobrazić sobie bardziej nudny punkt wyjścia. Jakaś zapadła osada na końcu świata zamieszkała przez kilka rodzin. Nic się tam nie dzieje. Ani telewizji, ani samochodów, ani żadnych nowoczesnych rozrywek. O czym tu pisać? Chyba tylko Astrid Lingren wiedziała o czym, a przede wszystkim jak. Nie poszedłem spać zbyt późno tamtego wieczoru, ale zanim zgasiłem światło, dobrnąłem do ostatniej strony. Co ja piszę?  Dobrnąłem? Dobiegłem! Pochłaniałem żywcem tę książkę i pewnie bym nie zasnął nie dowiedziawszy się do końca jakie przygody przeżywała szóstka malych bohaterów.

Nazajutrz odniosłem przeczytaną książkę do biblioteki. I wtedy rozegrała się straszna scena. Pani bibliotekarka, zaczęła głośno wymyślać nieobecnym moim rodzicom, że to potwory, które zamiast pozwolić dziecku się bawić przymuszają je do czytania i takie grube książki każą czytac w jeden dzień. Stałem z opuszczoną głową, nie bardzo wiedząc jak się zachować, kolejka uczniów w ciszy przyglądała sie zdarzeniu, a pani wykrzykiwała swoje pretensje. Nie pamiętam jaka książkę po niej wypożyczyłem, lecz nie oddałem jej nazajutrz. Bałem się, że znów będzie awantura.

„Dzieci z Bullerbyn” to przede wszystkim historia o takich samych, zwykłych dzieciakach, jakimi my byliśmy. Jeżeli ich życie mogło byc tak barwne to nasze też. I było. I pewnie czuliśmy to instynktownie, choc nikt nie potrafiłby swoich przygód opisać tak pięknie i ciepło jak zrobiła to szwedzka autorka. Do szczęśliwego, barwnego, pełnego rozmaitych wrażeń życia wcale nie trzeba było wyjeżdżac na koniec świata, nie trzeba było pieniędzy ani kosztownych gadżetów. Wystraczyła pomysłowość, ochota do życia oraz ciepło i pogoda ducha otaczających nas osób. Zrozumiałem to dokładniej pietnaście lat później, kiedy w górach na Niemcowej z przyjaciółmi świadomie odcinalismy się od świata. Nie było radia, magnetofonów, telefonów, nawet światła. Spędzaliśmy wakacje w spartańskich warunkach, a jednak nigdzie nie przeżyliśmy tylu niesamowitych chwil co właśnie tam. Nigdzie nie puszczalismy wodzy wyobraźni tak daleko i nie bawiliśmy sie tak beztrosko jak w tej samotnej chatce w Beskidach. A kiedy los porozrzucał nas w przeróżne strony chwilami wracał wskrzeszony nastrój to tu, to tam. Wtedy mówilismy: „Niemcowa to nie miejsce na mapie lecz ludzie”. Myślę, że tak samo jest z Bullerbyn. Ta osada z jej małymi mieszkańcami nie istnieje w książce lecz w naszych sercach. Ci, którzy ciągle ją odwiedzają, mają piękniejsze życie. Wcale nie łatwiejsze, nie lżejsze, ale z pewnością ciekawsze, bardziej kolorowe. I niesamowite, że odnajdują jedni na drugich na końcu świata jakby nosili jakieś znamię. Wtedy po raz kolejny ktoś podnosi ze zdziwieniem wzrok, przygląda się swojemu rozmówcy jakby po raz pierwszy go zobaczył i pyta;

- To to także Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

Portsmouth, 16.10.2007; 21:40 LT

 

środa, 17 października 2007, searover

Komentarze
2007/10/17 22:47:56
To też moja książka z dzieciństwa!
No i jeszcze "Karolcia" - na bardzo długo utkwiła mi w pamięci (elementy bajkowe) - marzyłam o takim czarodziejskim kamyku.
Czytałam wytrwale, nawet przy latarce pod kołdrą. Przenosiłam się w inny świat, nie było niczego wkoło, nie widziałam i nie słyszałam niczego.
Do dzisiaj "pożeram" książki, ale trochę innego rodzaju...
Pozdrawiam!
-
2007/10/18 05:09:09
No proszę! jednak cos w tym jest, że duch Bullerbyn pozwala rozpoznawać sie jego wielbicielom na odległość :)
"Karolci" niestety nie czytałem. Za to ogromnie podobał mi sie "Ferdynand Wspaniały", którego także pochłonąłem migiem. Potem moim długoletnim idolem stał sie Juliusz Verne, a szczególnie jego "Wyprawa do wnętrza ziemi", która do dzisiaj rozpala mą wyobraźnię. Do tego stopnia, że będąc dwa lata temu w Kopenhadze, poszedłem na wieżę jednego z kościołów tylko po to, żeby porównać wrażenia z opisem książkowym. I ciągle nie moge pogodzic się z faktem, że moje dzieci, mimo podsuwania im tej książki na tacy, za każdym razem wybierały inne :)
Pozdrawiam serdecznie.