czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
Blog > Komentarze do wpisu

PIERWSZY FILM

   

- Tam był taki wielki telewizor! – opowiadały mamie z przejęciem moje dzieci, kiedy wróciliśmy z poranka w kinie „Zamek”. Było to już jednak w okresie wykraczającym poza założone ramy czasowe.

A mój pierwszy film? Njapierw był pierwszy film mojego brata. Mama zabrała go do kina na dwudziestą. Miał wtedy chyba z osiem albo dziewięć lat. Film był dozwolony od lat siedmiu. Bardzo chciałem iść z nimi, lecz mama nie chciała ryzykować, że mnie nie wpuszczą. Poza tym pora była nie dla maluchów. Płakałem bardzo, ale brat udobruchał mnie pożyczając na cały wieczór swoje farby, a babcia miała pozwolić mi na malowanie przez cały wieczór.

Musiałem jeszcze poczekać na swoją kolejkę. Miałem niecałe sześć lat kiedy mama oznajmiła mi, że pójdziemy do kina. Chodziłem wtedy do klasy przygotowawczej (dziś nazywa się to „zerówką”). Po powrocie ze szkoły szybciutko zjadłem obiad i poszliśmy na popołudniowy seans. Właściwie to pojechaliśmy. Taksówką. Warszawą garbusem. Innych wtedy nie widywałem.

Seans odbywał się w kinie Pionier, które w przyszłym roku obchodzic będzie stulecie swojego istnienia.

- Wpusci go pani? – zapytała mama bileterkę zanim kupiła bilety.

- Tak, proszę.

I już po chwili zasiadaliśmy w drewnianych, skrzypiących fotelach. Film nazywał się „Czterej Pancerni i Pies”. Miał jeszcze przy tym jakis numerek. Bo o ile dobrze pamiętam, w inach wyświetlano bloki chyba po dwa odcinki. Wracałem z kina odmieniony. Od tej pory mogłem razem z chłopakami na podwórku opowiadać sobie oglądane historie z nieśmiertelnym: „a najlepiej było jak...(tu nastepowało przywołanie jakiejś sceny)”.

Pionier był malutkim kinem. Kliteczką własciwie. Chyba ze dwa lata później kuzyni zabrali mnie do największego szczecińskiego kina. Nazywało się „Colosseum” i miesciło w charakterystycznym budynku z czerwonej cegły przy ulicy 5 Lipca.

- Ale nie bedziesz się bać? – upewniali się przed seansem, kiedy z zapartym tchem stojąć w długiej kolejce po bilet oglądałem fotosy.

- Nie! – odpowiadałem twardo.

Chyba troche ich to rozczarowało, więc pytali czy nadążę z czytaniem napisów.

- Tak!

To było pod każdym względem nowe wyzwanie. W ogromnym kinie film zagraniczny, który wymagał biegłego czytania napisów. Film panoramiczny, przepięknie kolorowy. No i ta treść... Film nosił tytuł „Ucieczka King Konga” i był produkcji japońskiej. Na mnie, kilkulatku, zrobił ogromne wrażenie. Stałem się fanem japońskich filmów o potworach chyba na cały okres podstawówki. Nie odpuściłem żadnego.

I na „Pancernych” i na „King Kongu” szedłem ze starszymi i tylko dzięki temu udało mi się wejść. W tamtych czasach twardo przestrzegano limitów wieku. Brak legitymacji szkolnej czyli brak możliwości zweryfikowania wieku mógł oznaczać pożegnanie sie z seansem. Filmy były dzielone na dozowlone od lat siedmiu, jedenastu, czternastu, szesnastu i osiemnastu. Wiadomo było powszechnie, że na tych od lat osiemnastu aktorzy się całują, a czasem nawet trafia się jakaś golizna. Żaden dwunasto czy trzynastolatek nie miał jednak szans by się przeslizgnąć na widownię

Ba! Co tu mówić o goliźnie. Jedno z największych upokorzeń przeżyłem w moim ukochanym (później) kinie „Delfin”. W niedzielne, wczesne popołudnie wybrałem się na niewinne wydawałoby się „Poskromienie złośnicy”.  Seans był dla widzów od lat czternastu. Ja miałem niecałe trzynaście. Surowa bileterka zażądała legitymacji i... nie wpuściła mnie.

- Niech pani go wpuści – nalegał mój brat, wówczas już siedemnastolatek.

- Nie, bo nie wiem czy się nie zgorszy – odpowiedziała twardo. Nie było rady, trzeba było zwrócic bilet do kasy.

Kiedy skończyłem lat szesnaście, nikt przy wejściu nawet na  te od lat osiemnastu ceregieli nie robił. Być może czasy się zmieniły i kryteria złagodniały. Był to wszak okres gierkowskiego przyspieszenia i otwarcia się na świat. Kino zawładnęło mną wtedy do końca. Chodziłem po dwa razy w tygodniu, zapisywałem się do DKF-ów, obejrzałem wiele pięknych dzieł, lecz niewiele obrazów utkwiło mi w pamięci tak mocno jak te „inicjacyjne”. I ciagle widzę te lampki nad drzwiami: „Przerwa”, „Kronika”, „Dodatek”, „Film” wyznaczające rytm każdego seansu. Trochę żal, że dziś przed filmem zamiast nich serwuje się tylko reklamy.

Gdynia, 22.01.2008; 01:20 LT

wtorek, 22 stycznia 2008, searover

Polecane wpisy

  • STASIEK

    Stanisław był jedynym synem mich dziadków. Pozostał dla mnie tjemniczą, nieznanąpostacią, która pojawiała się jedynie we wspomnieniach mojej mamy i jej sióstr.

  • KLECZKOWO W CZASACH OKUPACJI

    Po długim milczeniu, wynikającym nie tyle z braku temtaów co czasu napisanie, powracam z planem napisania kilku odcinków na temat Kleczkowa. Internet wciąż mnie

  • SYRENKA

    To był pierwszy samochód na naszym podwórku. Wcześniej jeden z sąsiadów miał motocykl. Całymi popołudniami coś przy nim grzebał rozkładając dookoła mnóstwo prze