czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
Blog > Komentarze do wpisu

LODY PINGWINY

  

Ciekawe czy dziecięce, pierwsze doświadczenia deformują pamięć tak, by rozmaite wspomnienia miały ów szczególny posmak, do którego w dorosłym życiu dążymy, najczęściej bezskutecznie? Nie ma wszak powrotu do bajkowej krainy powszechnej szczęśliwości. Jeśli nawet otrzemy się o poszukiwany od lat ideał, często jedyną reakcją jest rozczarowanie, że to, co pamietaliśmy jako coś niezwykłego, okazało się banalne oraz niewarte zachodu. I tylko żal wtedy, że na własną prośbę zabiliśmy jakiś piękny mit.

Dla mnie takim mitem były ogromne fale moich pierwszych spotkań z Bałtykiem. Pewnie zupełnie inaczej wyglądały one z perspektywy niewyskoiego kilkulatka. Do tego potęgowane były odczuwaniem zjawiska wcześniej nieznanego, albo bardzo rzadko widywanego, bo cóż w tym względzie mogła zaoferować Odra? Wielka, ale jednak tylko rzeka.

Do dziś uwielbiam biec nad morze gdy tylko trochę mocniej zawieje. Zawsze z irracjonalną nadzieją, że zobaczę te ogromne fale zwalające się na plażę. I zawsze towarzyszy spacerowi niedosyt, że to jednak nie to. A jakież mogły to być fale w letni, słoneczny dzień na świnoujskiej plaży czterdzieści lat temu?

Pamiętam też saneczkowe szaleństwa na pagórkach w Parku Żeromskiego. A już zjazd kawałeczek dalej, z górki przy kościele p.w. Św. Stanisława Kostki, przywoływany w pamięci do tej pory wzbudza dreszcz emocji. Do czasu kiedy ruszam na spacer przez park. Te pagórki wydają się tak żałośnie płaskie, ze czasem się dziwię, że w ogóle dawało sie tam zjeżdżać. A może to erozja? Może za następne czterdzieści lat staną sie zupełnie płaskie? E, tam! Jeśli erozja, to chyba mej pamięci.

 

Jest w mej pamięci coś, czego szukam bezskutecznie od bardzo wielu lat. To lody „Pingwiny”. Pamiętam sprzedawców w biąłych fartuchach olbrzymimi termosami albo z pomalowanymi na biało skrzyniami wypełnionymi suchem lode. Za jedyne 1,80 zł. oferowali cudo na patyku, Lód miał kształt walca. Zawinięty w biały pergamin, nadziany na drewniany patyczek, podobny do tych, na jakie dziś utyka się szaszłyki. Spod pergaminu przebijał lekko żółtawy kolor, który ujawniał się w całości dopiero po odwinięciu papierka. Zaczynałem lizać, albo delikatnie odgryzać zmrożonną delicję i rozkoszowałem się smakiem. Pingwiny były tylko w tym jednym smaku, nie tak jak późniejsze bambino. To był chyba smak waniliowy. Waniliowy, ale jaki! Nigdy więcej takich lodów nie jadłem.

Raz trafiłem na bardzo zbliżone i w smaku i w kolorze i konsystencji lody soprano. Kiedy jednak następnego roku poszedłem w to samo miejsce, po budce z lodami nie było już śladu. Nieraz potem kupowałem lody soprano w nadziei na powtórkę lecz nigdy nie udało mi się nawet zbliżyć do tej nuty.

Może to dobrze? Najbardziej przykre byłoby chyba, gdyby pewnego dnia na ulicy pojawił się  ubrany na biało sprzedawca pingwinów, a jego produkt chociaz identyczny jak ten pamiętany, okazałby się siermiężny w smaku i nie dorównujący temu co oferują lodówki w każdym osiedlowym sklepiku.

Morze Karaibskie, 20.02.2008; 22:45 LT

czwartek, 28 lutego 2008, searover

Polecane wpisy

  • STASIEK

    Stanisław był jedynym synem mich dziadków. Pozostał dla mnie tjemniczą, nieznanąpostacią, która pojawiała się jedynie we wspomnieniach mojej mamy i jej sióstr.

  • KLECZKOWO W CZASACH OKUPACJI

    Po długim milczeniu, wynikającym nie tyle z braku temtaów co czasu napisanie, powracam z planem napisania kilku odcinków na temat Kleczkowa. Internet wciąż mnie

  • SYRENKA

    To był pierwszy samochód na naszym podwórku. Wcześniej jeden z sąsiadów miał motocykl. Całymi popołudniami coś przy nim grzebał rozkładając dookoła mnóstwo prze

Komentarze
2008/02/28 01:10:06
A ja pamiętam zapach morza... Albo to może było mokre, przeżarte solą drewno wyrzucone gdzieś na brzegu... Czasem czuję ten zapach w najmniej spodziewanym momencie, niekoniecznie nad morzem... Ale zawsze wtedy staje mi przed oczami i molo i plaża i słońce i zamki z piasku i wszystko czego do szczęścia potrzeba... O właśnie! To taki zapach szczęścia...
-
brzucho-moowca
2008/05/11 10:51:54
Mieszkaliśmy na Wyspie Puckiej, do kościoła chodziliśmy do Serca Jezusa, albo Garnizonowego na Bramie Potrowej, a przynajmniej tak to określałem wliczając cały ten obszar w to pojemne hasło.
W drodze porotnej rodzice kupowali mi i bratu lody na Bramie, tuż przy Wedlu. Zazwyczaj stały tam dwa wózki, Bambino i Pingwiny. Dostawaliśmy tańszą wersję, ale po prawdzie i smak nam bardziej odpowiadał, choć czasami chciało się zaznać luksusu droższych lodów.
Potem spokojnym spacerem wracaliśmy, wybierając między dwoma trasami, albo mostem kolejowym (nie było wolno ..nawet ganiali), albo dalej Heyki aż pod Stocznię Remontową (barek). Tam, blaszaną łódką, ciągniętą przez panią (nie mogę sobie przypomnieć nazwiska ..coś jak Kamińska) na drugą stronę Kanału Parnickiego i dalej piechotą na Marynarską gdzie mieszkaliśmy (róg z Wiejską).

Nad morze zabierał nas (całą rodzinę) wujek co jeździł na cysternie w CPNie. Toteż odwiedzał nadmorskie stacje paliw, a my mieliśmy cały dzień na plaży, bo czasy były takie, że nikt się nigdzie nie spieszył, a rozładunek paliwa i tak swoje trwał.
Późniejszymi czasy, jeździliśmy własnym motorem z przyczepą. Piękna i silna Panonia pruła nad morze (czasami nad Płonię lub Miedwie). W porotnej drodze obowiązkowo zajeźdżaliśmy do Gniewka na grochówkę z plastrem wędzonego boczku.