czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
Blog > Komentarze do wpisu

ŚWIERSZCZYK

  

Niełatwo znaleźć trudniejsza nazwę do wymówienia dla dzieci. No, ale dla małych dzieci to był Miś, a Świerszcyk był dla takich, którym już raczej mama nie musi czytać. Mój brat chodził wtedy do drugiej klasy podstawówki i o ile dobrze pamiętam, lektura tego czasopisma była dla nich obowiązkowa. Przy okazji korzystałem i ja. Dziś niewiele pamiętam z tamtej lektury. Była „Majka z Siwego Brzegu”, były chyba odcinki Muminków, ale te zupełnie mnie nie zainteresowały. Bardziej od ich przygód interesowało mnie pochodze nie tych stworów. To hipopotamy jakieś, czy co? Poniewaz jednak nie dowiedziałem się, szybko odpusciłem sobie dalsze sledzenie ich losów. Bardzo dokładnie poznałem je za to jakieś trzydziesci lat później, kiedy stały się podstawową bajką w wychowaniu moich dzieci. I przyznam, ze śledzenie oraz komentowanie ich przygód wspólnie z moimi maluchami było dla mnie prawdziwa przyjemnością. Okazuje się, ze na dobre książki nigdy nie jest za późno. Ciekawe, co odkryję gdy kiedyś pojawia się moje wnuki? Może Karlssona z dachu?

Znacznie bardziej przywiązałem się wkrótce potem do Płomyczka, w którym znajdowałem wiele interesujacych mnie rzeczy, ale Świerszczyk jakimś tam epizodem był także.

Pewnego jesiennego dnia mój brat wrócił ze szkołyokoło piętnastej. Mama kończyła właśnie przygotowywanie obiadu. Brakowało jeszcze kilku minut, więc wysłała w międzyczasie brata do kiosku po drugiej stronie ulicy, żeby kupił kolejny numer Świerszczyka, bo to był własnie dzień, kiedy się ukazywał. W tamtych czasach gazety nie leżały tak sobie w kioskach. Jeżeli nie kupiło się od razu, po paru godzinach leżały już tylko takie, których normalnie nikt nie chciał czytać. Pamiętam, że jeszcze w późnych latach siedemdziesiątych, gdy miałem kilkanaście lat, do moich obowiązków domowych należało kupowanie Kuriera Szczecińskiego – popularnej, lokalnej popołudniówki. Kurier dowozili do kiosków około czternastej, a po kilkunastu minutach już go nie było. Przed czasem ustawiały się więc kolejki.

Brat pobiegł, a za chwile mama zaczęła nalewać do talerzy kapuśniak. Zjedli rodzice, zdążyłem zjeść i ja, a brat się nie pojawiał. Zupa na jego talerzu zaczynała stygnąć. Może poszedł do drugiego kiosku? Drugi i trzeci kiosk były jednak w odległości dwóch – trzech minut piechotą. W końcu tato nie wytrzymał – ubrał się poszedł go szukać. Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach wrócił. Sam. Brat przepadł. Mama zaczęła sie poważnie denerwować, więc tato znów poszedł szukać. Trochę dalej. Dwa piętra wyżej mieszkała moja ciocia i kuzyni, z którymi czasem łobuzowaliśmy. Mama poszła zobaczyć, czy czegoś nie wiedzą, a może tak po prostu porozmawiać, wyrzcucić z siebie swój niepokój? Przyszli do nas po chwili. I ciocia i kuzyni. Czekaliśmy.

Wrócił tato. Zrobiło się ciemno, bo jesienne dni do długich nie należą. Co mogło sie wydarzyć? Przecież wychodząc wiedział, że za pięć minut będzie obiad. Tato zaczął dzwonić na pogotowie i do szpitali. Dobra wiadomość to taka, że żadnego dziecka w ostatnich godzinach nie przyjmowali. Zła, że w takim razie wszystkie, nawet te najgorsze warianty są mozliwe. Telefon na milicję. Nie, żadnych meldunków o jakimś dziecku nie było, a na poszukiwania jeszcze za wcześnie.

Nie pamietam co było dalej. Były kolejne poszukiwania na własną rękę i chyba kolejne zgłoszenie na milicję gdy minęła dwudziesta pierwsza. To już sześć godzin i na dodatek robiło się późno. Około dwudziestej drugiej dzwonek do drzwi.

Brat.

Bez Świerszczyka.

Przestraszony, że późna pora.

Jakie to było szczęście, że odnalazł się cały i zdrowy! A potem już tylko pytania, co sie stalo?

Brat padł ofiarą  mechanizmu, który często (przy zachowaniu wszelkich proporcji) prowadzi do zguby hazardzistów, którym wydaje się, że jeszcze tylko jedna próba... Świerszczyka w naszym kiosku nie było, więc poszedł do następonego kiosku, a potem do jeszcze następnego i do jeszcze jednego. Zorientował się, że spóźnia się na obiad, więc tym bardziej chciał, żeby cała ta wyprawa nie poszła na marne. Może jeszcze jeden kiosk i sie uda? Akurat przejeżdżał tramwaj, więc pomyślał, że jeśli podjedzie jeden albo dwa przystanki, to prędzej kupi w jakichs innych kioskach. Dwa przystanki wystarczyły, żeby z Parkowej dojechac do Śródmieścia. A tam kiosków co niemiara.

Nie wiadomo kiedy zrobiło się ciemno. Dał sobie w końcu spokój i postanowił wrócic do domu. Nie miał jednak pieniędzy na bilet tramwajowy (tych na Świerszczyk nie chciał wydawać), a jazda na gapę nie mieściła mu się w głowie. Dobrze nas rodzice wychowywali J

Wracał na piechotę. Po drodze musiał przejść przez Park im. S.Żeromskiego. Park ten nie wyglądał wówczas tak jak dzisiaj. Był znacznie bardziej zarośnięty rozmitymi krzakami i nieoświetlony. Z jednego jego końca nie dało się zobaczyć drugiego. Brat wszedł, ale w ciemnościach pomylił scieżki i wyszedł gdzieś z boku. Tam zobaczył idący chodnikiem rutynowy patrol w osobach dwóch milicjantów. Przestraszył się więc, że moga go złapać, ponieważ rodzice nieraz powtarzali, że dzieciom nie wolno włóczyc się wieczorami po ulicach, a takich co jednak się włóczą to milicja wyłapuje. Zresztą w tamtych czasach rzeczywiscie milicja nękała wałęsające się bez celu dzieciaki, a ze szczególnym respektem komentowane były „naloty” na kina, gdzie na przedpołudniowych seansach wyłapywano wagarowiczów.

Zobaczywszy milicjantów brat czmychnął z powrotem w ciemność parku i alejkami przedostał się na Wały Chrobrego. Jeżeli zauważył gdzieś milicjanata, natychmiast uciekał gdzieś w bok. W ten sposób droga do domu nie mogła byc ani prosta, ani szybka. Tym bardziej, że ulica Parkowa była jedną z tych, które nie cieszyły się najlepszą sławą, więc i milicjantów było w tej okolicy jakby więcej.

Skradając się, zakosami dotarł jednak do domu zanim milicja zaczęła go naprawdę szukać.

Wychowanie dzieci nie jest takie proste. Warto dwa razy się zastanowić, zanim się je czymś postraszy. A, ze często błędy rodziców powielane są przez następne pokolenia, miałem i ja podobny przypadek ze swoimi dziećmi. Powtarzalismy z moją Eks naszym dzieciaczkom, które były wtedy w wieku przedszkolnym, że trzeba przestrzegać pewnych reguł (jak n.p. przechodzenia tylko na zielonym świetle), bo inaczej to oprócz normalego niebezpieczeństwa grozi to, że zostanie się zatrzymanym przez policję, która wlepi mandat i nie bedzie pieniędzy na chlebek.

Moja Eks zawsze lubiła jeździć sszybko i wkurzała ja moja ślamazarna jazda, dlatego za miastem zawsze ona prowadziła auto. Na podwrocławskiej autostradzie rozpędziła się i nie zwalniała  zbytnio pomimo rozpoczynającej się drogi dwukierunkowej. A tam właśnie stała policja. Zatrzymali nas. Kazali Eks wysiąść z samochodu. I wty momencie dzieci jak na komendę zaczęły histerycznie płakać, że zapłacimy mandat i nie bedziemy mieli co jeść. Próbowałem je uspokoić, ale to nie takie proste. Trzeba byłoby zaprzeczyc wszystkim swoim wczesniejszym ostrzezeniom. Utrata autorytetu murowana. Próbuję jednak ratowac sytuację tłumacząc, ze jeszcze trochę na jedzenie nam zostanie, ze może nie bedzie tak źle. Biedaczki na tylnym siedzeniu uspokoiły sie nieco. Odwracam się więc znów do przodu, a tam Eks podchodzi do drzwi i lejąc krokodyle łzy, mówi, żebym dał jakies pieniądze bo policjanci wlepili jej mandat pięćsetzłotowy. Najwiekszy jaki mogli. Zobaczywszy zrozpaczoną, zapłakaną mamę i usłyszawszy, ze dostaliśmy największy mandat, dzieciaczki jak na komendę podniosły jeszcze większe larum. Już nie mogłem uciszyć ich płaczu. Chyba policjanta wzięła litość jak zobaczył płaczace dzieci i płaczącą eks. Zapłaciła stówę. Ale jeszcze przez kilka minut staliśmy na poboczu, bo musiała się wypłakać (i dzieci też) zanim pojechalismy dalej.

Orinoko, 24.02.2008; 21:50 LT

czwartek, 28 lutego 2008, searover

Polecane wpisy

  • STASIEK

    Stanisław był jedynym synem mich dziadków. Pozostał dla mnie tjemniczą, nieznanąpostacią, która pojawiała się jedynie we wspomnieniach mojej mamy i jej sióstr.

  • KLECZKOWO W CZASACH OKUPACJI

    Po długim milczeniu, wynikającym nie tyle z braku temtaów co czasu napisanie, powracam z planem napisania kilku odcinków na temat Kleczkowa. Internet wciąż mnie

  • NA ZŁOŚĆ

    Na złość mamie odmrożę sobie uszy. To znane powiedzenie odzwierciedla dość swoiscie pojętą logikę niektórych dziecięcych zachowań. Jak to w dawnych wielodzietny