czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
Blog > Komentarze do wpisu

SYRENKA

 

To był pierwszy samochód na naszym podwórku. Wcześniej jeden z sąsiadów miał motocykl. Całymi popołudniami coś przy nim grzebał rozkładając dookoła mnóstwo przedziwnych narzędzi oraz części, a my dzieciaki otaczaliśmy go obserwując z zaciekawieniem. I wreszcie pewnego wieczoru charakterystyczny dźwięk dwusuwu zadryndał w bramie i nasza syrenka wtoczyła się dostojnie pod nasze mieszkanie w oficynie.

Wcześniej rodzice odkupili od sąsiadów komórkę w niewielkim budyneczku zamykającym z jednej strony studnię naszego podwórka, która w połaczeniu z naszą akurat wystarczyła na garaż dla naszego auta.

Mama zawsze narzekała na rozmiary syrenki. Takie duże auto. Jej marzeniem była zastawa, jugosłowiańskie autko na licencji fiata, chyba jeszcze mniejsze od późniejszego fiata 126. Takim to wszędzie można było wjechać i zaparkować. Zaparkować! Ilość dostępnej przestrzeni wzdłuż tamtych ulic z lat sześćdziesiatych mogłaby przyprawić dzisiejszych kierowców o zawrót głowy.

Syrena 104, to było najnowsze auto z serii, chociaż jeszcze przed modyfikacją drzwi, które, inaczej niż we wszystkich współczesnych samochodach, otwierały się wtedy do tyłu. Dzięki niemu zmieniło się nasze życie. Zaczęły się podróże. Jak tylko sięgam pamięcią, wszystkie wyjazdy do dziadków odbywały się tym samochodem. Nim też pojechaliśmy na wycieczkę w Bory Tucholskie i na Mazury. W zamyśle miała to być podróż dookoła Polski, ale mama była strachliwa. Kiedy sami jedni nocowaliśmy na polu biwakowym gdzieś w okolicach Chojnic, inni na naszym miejscu by się cieszyli, ale mama przez całą noc obawiała się bandytów. Kiedy zaś trafiliśmy na zatłoczone Mazury, nie pozwalały jej zasnąć hałasy dość swobodnego, nocnego życia kempingowych turystów. Nie da się ukryć, że typem włóczykija mama nigdy nie była i zresztą nigdy, po latach, nie potrafiła zrozumieć jak mnie może pociągać w wakacje spanie gdzieś na dworcowej ławce, albo moknięcie w deszczu z cięzkim plecakiem na grzbiecie, gdy w domu jest wygodne łózko, gorąca herbata i świeże ciasto. Prosto z Mazur pojechaliśmy więc wtedy do Tchórzewa i u dziadków spędziliśmy resztę wakacji.

Strachliwość mamy objawiała się też zawsze na widok policjantów (wtedy to byli milicjanci). Za każdym razem gdy widziała ich na trasie wpadała w panikę, że zaraz wlepią jej mandat. Na szybach miała ponaklejane klonowe listki oznaczające poczatkującego kierowcę (widac go na zdjęciu w górnym rogu przedniej szyby), co zapewne dodawało jej pewności, bo sądziła, że wszyscy na nią uważają, a milicjanci potraktują łagodniej.

Nasze mieszkanie przy ulicy Parkowej było położone tak, że aby wyjechać z miasta, zjeżdżaliśmy na dół ulicą Szarotki (wtedy jeszcze nie była ślepa), do Jana z Kolna, a potem należało skręcić w lewo na Most Długi. Szczecin w tamtym czasie nie miał sygnalizacji świetlnej (albo miał jej bardzo niewiele) i na tym dość zatłoczonym jak na tamte standardy skrzyzowaniu ruchem kierował milicjant. Mama za każdym razem była przerażona, że ruszy na skrzyżowanie nie na ten gest milicjanta, na który powinna, a wtedy milicjant przerwie swoją robotę i natychmiast wlepi jej mandat.

Za to gdy juz wyjechaliśmy za miasto i zjechaliśmy na autostradę prowadzącą z Berlina... Ho, ho! Pamiętam dreszczyk emocji mój i brata, kiedy z tylnego siedzenia obserwowaliśmy prędkościomierz. W pewnym momencie wskazówka minęła setkę. Sto kilometrów na godzinę! Opowiadaliśmy potem o tym z podnieceniem na podwórku.

Syrenką jeździlismy też na grzyby. Czasem pogoda nie dopisywała i w pamięci utkwił mi taki obrazek, kiedy staliśmy w jesiennej ulewie na poboczu drogi naprzeciwko budyneczku stacji Rurka. Dziś biegnie tam dwujedniowa trasa szybkiego ruchu, ale wtedy parkowało się na poboczu pojedyńczej jezdni i szło na grzyby. Tego dnia jednak lało. Siedzieliśmy w aucie i  mieliśmy piknik: tradycyjne jajka na twardo, herbata z termosu... Moze były jakieś pomidory, a może jeszcze wtedy nie. Wszyscy byli niezadowoleni z nieudanego grzybobrania, ale mi się to bardzo podobało. I do dziś mi zostało, że lubię gdy leje, albo sypie śniegiem, a ja jade gdzies daleko w ciepłym aucie, z radiem w tle i z rozmaitymi przekąskami pod ręką.

Najczęściej jednak jeździliśmy na skraj niewielkiego lasku tuż za miastem. Mówiliśmy o nim „nasz lasek”. Rozkładało się koc, na nim rozmaite piknikowe wiktuały. Mogliśmy z bratem biegać po łące, albo pobuszować po zagajniku. Lasek rośnie do dziś. Tyle tylko, że już absolutnie nie nadaje się na miejsce popołudniowego wypoczynku. Ulica Struga w tamtym miejscu jest ruchliwą dwujezdniową arterią, a lasek został otoczony zewsząd przez hurtownie i zakłady przemysłowe. Nieraz jednak wyjeżdżąjąc ze Szczecina, po minięciu „Reala” zerkam na lewą stronę gdzie stoi jeszcze nasz lasek z dzieciństwa.

Jakiś czas później nie mogąc doczekać się przydziału mieszkania ze spółdzielni rodzice zdecydowali o przeprowadzce do segmentu poniemieckiego domku na Gumieńcach. Nie wiem ile to kosztowało, ale z pewnością niemało. Żeby zbilansować ten zakup, trzeba było sprzedać syrenkę. Pamiętam jak przewoziliśmy nią z tatą rzeczy podczas przeprowadzki, a wkrótce potem zniknęła z naszego życia. Był rok 1971.

 

Bristol, 08.03.2009; 18:00 LT

poniedziałek, 09 marca 2009, searover

Polecane wpisy

  • STASIEK

    Stanisław był jedynym synem mich dziadków. Pozostał dla mnie tjemniczą, nieznanąpostacią, która pojawiała się jedynie we wspomnieniach mojej mamy i jej sióstr.

  • LODY PINGWINY

    Ciekawe czy dziecięce, pierwsze doświadczenia deformują pamięć tak, by rozmaite wspomnienia miały ów szczególny posmak, do którego w dorosłym życiu dążymy, najc

  • NA ZŁOŚĆ

    Na złość mamie odmrożę sobie uszy. To znane powiedzenie odzwierciedla dość swoiscie pojętą logikę niektórych dziecięcych zachowań. Jak to w dawnych wielodzietny

Komentarze
rest5
2009/03/12 15:29:06
Moi rodzice też mieli taką syrenkę (szarą z białym dachem). Najbardziej utkwiło mi w pamięci takie zdarzenie: wracaliśmy od dziadków, a tata mówi, że widzi grzyby w lesie (musieliśmy nieźle pędzić!). Rzeczywiście - spojrzeliśmy, a na brzegu lasu, wzdłuż drogi - mnóstwo grzybów. Stanęliśmy i zaczęliśmy zbierać te grzyby (były to kozaki-sitarze). Wkrótce toreb zabrakło, więc tata wyłożył bagażnik folią i grzyby ładowaliśmy bezpośrednio do bagażnika. Ledwo się domknął - tyle tego było.
A syrenka na zawsze kojarzyć mi się będzie z grzybami.
-
2009/03/26 10:25:46
Podobny wątek grzybowy przytrafił mi się przy okazji pozniejszego samochodu moich rodzicow - fiata 125p. Pojechalismy wtedy na grzyby i tato z bratem zaczeli "kosic" podgrzybki. Wolali do na z sosnowego zagajnika, zebysmy przyszli im pomoc, ale kiedy ja z mama weszlismy na pas brzozek rosnacych wzdluz lesnej drogi, trafilismy na mnostwo prawdziwkow. Kiedy tato z bratem doszli do nas z workami (bo w wiaderka juz sie nie miescily) podgrzybkow, my mielismy na koncie ponad setke borowikow slusznej wielkosci. Jezdzilismy tam potem wiele razy i juz nigdy takie grzybobranie sie nie powtorzylo.
Pozdrawiam.