czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
sobota, 10 kwietnia 2010

Stanisław był jedynym synem mich dziadków.  Pozostał dla mnie tjemniczą, nieznaną postacią, która pojawiała się jedynie we wspomnieniach mojej mamy i jej sióstr. Czas zapewne wygładza przykre wspomnienia. Na ogół dłużej pamiętamy te dobre chwile. Również we wspomnieniach o Staśku dominowało ciepło. Mogłem wniskować, że był dobrym bratem, który często pomagał siostrom, zwłaszcza młodszym.

Nie pamiętam, w którym roku się urodził, ale podczas wojny musiał mieć już kilkanaście lat, bliżej dwudziestu.

Jak wielu rówieśników został zabrany na roboty do Niemiec.

Opowieści rodzinne mówią o uciekinierach z takich transportów i, że Stasiek otrzymywał takie wiadomości od swoich rodziców (aczkolwiek trudno mi sobie wyobrazić pisanie o takich sprawach w listach, które przecież z dużym prawdopodobieństwem mogły być czytane przez Niemców). Ponoć był to jednak dyskretny nacisk na niego by poszedł w ślady odważniejszych kolegów.

I Stasiek uciekł.

Wróćił do Kleczkowa, lecz jasne było, że nie może tu mieszkać normalnie. Ucieczka to tylko niewielki fragment planu, jaki należy przygotować. Podstawowy problem brzmi: co potem? Stasiek prawdopodobnie takiego planu nie miał. Pojawiał się w domu na krótko. Zaopatrywany był wtedy w żywność i najpotrzebniejsze rzeczy, a potem zaraz znikał. Jego siostry były zbyt małe by być wtajemniczone w to, co robił i gdzie przebywał.

Wiadomość o jego ucieczce policyjnymi kanałami dotarła do Kleczkowa i prawdopodobnie w ramach represji za ów czyn cała rodzina została wysłana na roboty do Prus Wschodnich. Dostali kilkanaście godzin na spakowanie się i następnego dnia rano zostali przez wyznaczonego gospodarza odwiezieni do transportu na stację.

Nigdy więcej nie zobaczyli Staśka.

Jedyne co wiadomo na jego temat to, że pozbawiony wsparcia rodziny wkrótce wpadł w ręce policji. Został wysłany do obozu koncentracyjnego w Gross Rosen.

Nie jestem pewien, ale chyba rodzina przez jakis czas pisywała do niego i prawdopodobnie przychodziły też jakieś wiadomości od niego. Potem przestały.

Po wojnie szukano go przez PCK ale bezskutecznie. Pradopodobnie zginął w obozie koncentracyjnym, ale w spisach więźniów Gross Rosen również go nie odnaleziono. Być może dla zatarcia śladów posługiwał się innym nazwiskiem?

 

Jiangyin, 10.04.2010; 12:50 LT

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Po długim milczeniu, wynikającym nie tyle z braku temtaów co czasu na pisanie, powracam z planem napisania kilku odcinków na temat Kleczkowa.

Internet wciąż mnie zaskakuje pozytywnie. Dawno temu zamieściłem na blogu wpis p.t. „Spowiedź dziadka” i zdązyłem już o nim zapomnieć kiedy pewnego dnia niespodziewanie w swojej skrzynce pocztowej znalazłem e-mail z prośbą o pozwolenie wykorzystania tego tekstu. Tak nawiązałem kontakt z osobą, która mieszkała po sąsiedzku i bawiła się z moim kuzynem, a potem z inną, przygotowującą broszurę na zjazd absolwentów miejscowej szkoły.

Po wielu latach nagle wracam wirtualnie do korzeni, do rodzinnej wsi mojej nieżyjącej już mamy.

Obiecałem, że napiszę co wiem, ale zamiast wysyłać to ulotnym e-mailem, wolę zapisać to na trwałe. Będą to jednak naprawdę okruchy (zgodnie z tytułem bloga) – to co zapamietałem z rozmaitych opowieści.

 

*   *   *

 

Okres drugiej Wojny Światowej w Kleczkowie w opowieściach mojej mamy oraz jej sióstr wyraźnie dzielił się na przed i po ataku Niemiec na ZSRR.

W 1939 roku Kleczkowo znalazło się pod okupacją radziecką. Bolszewicy oczywiście natychmiast zaczęli nekać bogatszych mieszkańców wsi. Ubogim rodzinom, a do takich należała rodzina mojego dziadka większa krzywda na ogół się nie działa. Na co zwracano uwagę w opowieściach, to nauka w szkole. Ponoć już w październiku, po ustaniu działań wojennych, szkoła wznowiła swoją działalność, a nauka była obowiązkowa. Oczywiście zaczęła się w niej indoktrynacja, ale zachowano też nauczanie po polsku.

Represje zwłaszcza wobec inteligencji nasilały się jednak na tyle, że ponoć wkraczające wojska niemieckie po zaatakowaniu Związku Radzieckiego ludność Ostrołęki witała kwiatami. Była to jednak tylko chwilowa radość. Z deszczu pod rynnę – tak możnaby określić tę zamianę. Wkrótce doświadczono terroru hitlerowskiego. Tym razem, jak wynikało z tych opowieści, barziej cierpieli biedniejsi mieszkańcy. Bogatsi łatwiej dawali sobie radę w trudnej, wojennej, rzeczywistości, a poza tym przeciętni, niemieccy żolnierze mieli więcej respektu dla bardziej dystyngowanych obywateli. Szkoła nie działała, ponieważ Niemcy uważali, że rasie niewolników wykształcenie nie jest konieczne.

Trzecim okresem, były niespokojne czasy po wyzwoleniu. W lasach wciąż ukrywali się żołnierze AK, na których ludowa władza urządzała zasadzki. Partyzanci nocami pojawiali się we wsi. Udowodniona pomoc oczywiście podlegała surowej karze. Z drugiej strony żołnierze ci, aby przeżyć nie mogli ograniczac się wyłacznie do próśb i oczekiwania na to, co dadzą dobrzy ludzie. Nie od dziś wiadomo, że wojna nie jest dla gentlemanów. Społeczność wsi była podzielona. Odmienne sympatie polityczne oraz strach przed zemstą jednej albo drugiej strony...

Pewnego dnia nadjechałyogromne oddziały regularnego wojska. Rozwinęłi się w tyralierę i szerokim pasem przeczesywali w dosłownym tego słowa znaczeniu każdą połać ziemi, kązdy fragment lasu albo pola, każdą chałupę z zabudowaniami gospodarczymi. Nie wiem jakim rezultatem zakończyła się ta akcja, ani jaki miała kryptonim. W każdym razie partyzanci po niej już się nie pojawili. Można przyjąć, że dopiero wtedy takj naprawdę zakończyła się w Kleczkowie II Wojna Światowa.

Szkoła wznowiła działalność jesienią 1945 roku. Oprócz normalnych roczników, uczęszczali do niej ci, którym lata nauki odebrała wojna. Nie wszyscy jednak mogli. Bieda, konieczność pracy sprawiały, że niektóre osoby kończyły tylko wieczorowe kursy, aby w przyspieszonym tempie uzyskać podstawowe wykształcenie.

 

Jiangyin, 05.04.2010; 16:45 LT

poniedziałek, 09 marca 2009

 

To był pierwszy samochód na naszym podwórku. Wcześniej jeden z sąsiadów miał motocykl. Całymi popołudniami coś przy nim grzebał rozkładając dookoła mnóstwo przedziwnych narzędzi oraz części, a my dzieciaki otaczaliśmy go obserwując z zaciekawieniem. I wreszcie pewnego wieczoru charakterystyczny dźwięk dwusuwu zadryndał w bramie i nasza syrenka wtoczyła się dostojnie pod nasze mieszkanie w oficynie.

Wcześniej rodzice odkupili od sąsiadów komórkę w niewielkim budyneczku zamykającym z jednej strony studnię naszego podwórka, która w połaczeniu z naszą akurat wystarczyła na garaż dla naszego auta.

Mama zawsze narzekała na rozmiary syrenki. Takie duże auto. Jej marzeniem była zastawa, jugosłowiańskie autko na licencji fiata, chyba jeszcze mniejsze od późniejszego fiata 126. Takim to wszędzie można było wjechać i zaparkować. Zaparkować! Ilość dostępnej przestrzeni wzdłuż tamtych ulic z lat sześćdziesiatych mogłaby przyprawić dzisiejszych kierowców o zawrót głowy.

Syrena 104, to było najnowsze auto z serii, chociaż jeszcze przed modyfikacją drzwi, które, inaczej niż we wszystkich współczesnych samochodach, otwierały się wtedy do tyłu. Dzięki niemu zmieniło się nasze życie. Zaczęły się podróże. Jak tylko sięgam pamięcią, wszystkie wyjazdy do dziadków odbywały się tym samochodem. Nim też pojechaliśmy na wycieczkę w Bory Tucholskie i na Mazury. W zamyśle miała to być podróż dookoła Polski, ale mama była strachliwa. Kiedy sami jedni nocowaliśmy na polu biwakowym gdzieś w okolicach Chojnic, inni na naszym miejscu by się cieszyli, ale mama przez całą noc obawiała się bandytów. Kiedy zaś trafiliśmy na zatłoczone Mazury, nie pozwalały jej zasnąć hałasy dość swobodnego, nocnego życia kempingowych turystów. Nie da się ukryć, że typem włóczykija mama nigdy nie była i zresztą nigdy, po latach, nie potrafiła zrozumieć jak mnie może pociągać w wakacje spanie gdzieś na dworcowej ławce, albo moknięcie w deszczu z cięzkim plecakiem na grzbiecie, gdy w domu jest wygodne łózko, gorąca herbata i świeże ciasto. Prosto z Mazur pojechaliśmy więc wtedy do Tchórzewa i u dziadków spędziliśmy resztę wakacji.

Strachliwość mamy objawiała się też zawsze na widok policjantów (wtedy to byli milicjanci). Za każdym razem gdy widziała ich na trasie wpadała w panikę, że zaraz wlepią jej mandat. Na szybach miała ponaklejane klonowe listki oznaczające poczatkującego kierowcę (widac go na zdjęciu w górnym rogu przedniej szyby), co zapewne dodawało jej pewności, bo sądziła, że wszyscy na nią uważają, a milicjanci potraktują łagodniej.

Nasze mieszkanie przy ulicy Parkowej było położone tak, że aby wyjechać z miasta, zjeżdżaliśmy na dół ulicą Szarotki (wtedy jeszcze nie była ślepa), do Jana z Kolna, a potem należało skręcić w lewo na Most Długi. Szczecin w tamtym czasie nie miał sygnalizacji świetlnej (albo miał jej bardzo niewiele) i na tym dość zatłoczonym jak na tamte standardy skrzyzowaniu ruchem kierował milicjant. Mama za każdym razem była przerażona, że ruszy na skrzyżowanie nie na ten gest milicjanta, na który powinna, a wtedy milicjant przerwie swoją robotę i natychmiast wlepi jej mandat.

Za to gdy juz wyjechaliśmy za miasto i zjechaliśmy na autostradę prowadzącą z Berlina... Ho, ho! Pamiętam dreszczyk emocji mój i brata, kiedy z tylnego siedzenia obserwowaliśmy prędkościomierz. W pewnym momencie wskazówka minęła setkę. Sto kilometrów na godzinę! Opowiadaliśmy potem o tym z podnieceniem na podwórku.

Syrenką jeździlismy też na grzyby. Czasem pogoda nie dopisywała i w pamięci utkwił mi taki obrazek, kiedy staliśmy w jesiennej ulewie na poboczu drogi naprzeciwko budyneczku stacji Rurka. Dziś biegnie tam dwujedniowa trasa szybkiego ruchu, ale wtedy parkowało się na poboczu pojedyńczej jezdni i szło na grzyby. Tego dnia jednak lało. Siedzieliśmy w aucie i  mieliśmy piknik: tradycyjne jajka na twardo, herbata z termosu... Moze były jakieś pomidory, a może jeszcze wtedy nie. Wszyscy byli niezadowoleni z nieudanego grzybobrania, ale mi się to bardzo podobało. I do dziś mi zostało, że lubię gdy leje, albo sypie śniegiem, a ja jade gdzies daleko w ciepłym aucie, z radiem w tle i z rozmaitymi przekąskami pod ręką.

Najczęściej jednak jeździliśmy na skraj niewielkiego lasku tuż za miastem. Mówiliśmy o nim „nasz lasek”. Rozkładało się koc, na nim rozmaite piknikowe wiktuały. Mogliśmy z bratem biegać po łące, albo pobuszować po zagajniku. Lasek rośnie do dziś. Tyle tylko, że już absolutnie nie nadaje się na miejsce popołudniowego wypoczynku. Ulica Struga w tamtym miejscu jest ruchliwą dwujezdniową arterią, a lasek został otoczony zewsząd przez hurtownie i zakłady przemysłowe. Nieraz jednak wyjeżdżąjąc ze Szczecina, po minięciu „Reala” zerkam na lewą stronę gdzie stoi jeszcze nasz lasek z dzieciństwa.

Jakiś czas później nie mogąc doczekać się przydziału mieszkania ze spółdzielni rodzice zdecydowali o przeprowadzce do segmentu poniemieckiego domku na Gumieńcach. Nie wiem ile to kosztowało, ale z pewnością niemało. Żeby zbilansować ten zakup, trzeba było sprzedać syrenkę. Pamiętam jak przewoziliśmy nią z tatą rzeczy podczas przeprowadzki, a wkrótce potem zniknęła z naszego życia. Był rok 1971.

 

Bristol, 08.03.2009; 18:00 LT

00:16, searover
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 lutego 2008

  

Niełatwo znaleźć trudniejsza nazwę do wymówienia dla dzieci. No, ale dla małych dzieci to był Miś, a Świerszcyk był dla takich, którym już raczej mama nie musi czytać. Mój brat chodził wtedy do drugiej klasy podstawówki i o ile dobrze pamiętam, lektura tego czasopisma była dla nich obowiązkowa. Przy okazji korzystałem i ja. Dziś niewiele pamiętam z tamtej lektury. Była „Majka z Siwego Brzegu”, były chyba odcinki Muminków, ale te zupełnie mnie nie zainteresowały. Bardziej od ich przygód interesowało mnie pochodze nie tych stworów. To hipopotamy jakieś, czy co? Poniewaz jednak nie dowiedziałem się, szybko odpusciłem sobie dalsze sledzenie ich losów. Bardzo dokładnie poznałem je za to jakieś trzydziesci lat później, kiedy stały się podstawową bajką w wychowaniu moich dzieci. I przyznam, ze śledzenie oraz komentowanie ich przygód wspólnie z moimi maluchami było dla mnie prawdziwa przyjemnością. Okazuje się, ze na dobre książki nigdy nie jest za późno. Ciekawe, co odkryję gdy kiedyś pojawia się moje wnuki? Może Karlssona z dachu?

Znacznie bardziej przywiązałem się wkrótce potem do Płomyczka, w którym znajdowałem wiele interesujacych mnie rzeczy, ale Świerszczyk jakimś tam epizodem był także.

Pewnego jesiennego dnia mój brat wrócił ze szkołyokoło piętnastej. Mama kończyła właśnie przygotowywanie obiadu. Brakowało jeszcze kilku minut, więc wysłała w międzyczasie brata do kiosku po drugiej stronie ulicy, żeby kupił kolejny numer Świerszczyka, bo to był własnie dzień, kiedy się ukazywał. W tamtych czasach gazety nie leżały tak sobie w kioskach. Jeżeli nie kupiło się od razu, po paru godzinach leżały już tylko takie, których normalnie nikt nie chciał czytać. Pamiętam, że jeszcze w późnych latach siedemdziesiątych, gdy miałem kilkanaście lat, do moich obowiązków domowych należało kupowanie Kuriera Szczecińskiego – popularnej, lokalnej popołudniówki. Kurier dowozili do kiosków około czternastej, a po kilkunastu minutach już go nie było. Przed czasem ustawiały się więc kolejki.

Brat pobiegł, a za chwile mama zaczęła nalewać do talerzy kapuśniak. Zjedli rodzice, zdążyłem zjeść i ja, a brat się nie pojawiał. Zupa na jego talerzu zaczynała stygnąć. Może poszedł do drugiego kiosku? Drugi i trzeci kiosk były jednak w odległości dwóch – trzech minut piechotą. W końcu tato nie wytrzymał – ubrał się poszedł go szukać. Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach wrócił. Sam. Brat przepadł. Mama zaczęła sie poważnie denerwować, więc tato znów poszedł szukać. Trochę dalej. Dwa piętra wyżej mieszkała moja ciocia i kuzyni, z którymi czasem łobuzowaliśmy. Mama poszła zobaczyć, czy czegoś nie wiedzą, a może tak po prostu porozmawiać, wyrzcucić z siebie swój niepokój? Przyszli do nas po chwili. I ciocia i kuzyni. Czekaliśmy.

Wrócił tato. Zrobiło się ciemno, bo jesienne dni do długich nie należą. Co mogło sie wydarzyć? Przecież wychodząc wiedział, że za pięć minut będzie obiad. Tato zaczął dzwonić na pogotowie i do szpitali. Dobra wiadomość to taka, że żadnego dziecka w ostatnich godzinach nie przyjmowali. Zła, że w takim razie wszystkie, nawet te najgorsze warianty są mozliwe. Telefon na milicję. Nie, żadnych meldunków o jakimś dziecku nie było, a na poszukiwania jeszcze za wcześnie.

Nie pamietam co było dalej. Były kolejne poszukiwania na własną rękę i chyba kolejne zgłoszenie na milicję gdy minęła dwudziesta pierwsza. To już sześć godzin i na dodatek robiło się późno. Około dwudziestej drugiej dzwonek do drzwi.

Brat.

Bez Świerszczyka.

Przestraszony, że późna pora.

Jakie to było szczęście, że odnalazł się cały i zdrowy! A potem już tylko pytania, co sie stalo?

Brat padł ofiarą  mechanizmu, który często (przy zachowaniu wszelkich proporcji) prowadzi do zguby hazardzistów, którym wydaje się, że jeszcze tylko jedna próba... Świerszczyka w naszym kiosku nie było, więc poszedł do następonego kiosku, a potem do jeszcze następnego i do jeszcze jednego. Zorientował się, że spóźnia się na obiad, więc tym bardziej chciał, żeby cała ta wyprawa nie poszła na marne. Może jeszcze jeden kiosk i sie uda? Akurat przejeżdżał tramwaj, więc pomyślał, że jeśli podjedzie jeden albo dwa przystanki, to prędzej kupi w jakichs innych kioskach. Dwa przystanki wystarczyły, żeby z Parkowej dojechac do Śródmieścia. A tam kiosków co niemiara.

Nie wiadomo kiedy zrobiło się ciemno. Dał sobie w końcu spokój i postanowił wrócic do domu. Nie miał jednak pieniędzy na bilet tramwajowy (tych na Świerszczyk nie chciał wydawać), a jazda na gapę nie mieściła mu się w głowie. Dobrze nas rodzice wychowywali J

Wracał na piechotę. Po drodze musiał przejść przez Park im. S.Żeromskiego. Park ten nie wyglądał wówczas tak jak dzisiaj. Był znacznie bardziej zarośnięty rozmitymi krzakami i nieoświetlony. Z jednego jego końca nie dało się zobaczyć drugiego. Brat wszedł, ale w ciemnościach pomylił scieżki i wyszedł gdzieś z boku. Tam zobaczył idący chodnikiem rutynowy patrol w osobach dwóch milicjantów. Przestraszył się więc, że moga go złapać, ponieważ rodzice nieraz powtarzali, że dzieciom nie wolno włóczyc się wieczorami po ulicach, a takich co jednak się włóczą to milicja wyłapuje. Zresztą w tamtych czasach rzeczywiscie milicja nękała wałęsające się bez celu dzieciaki, a ze szczególnym respektem komentowane były „naloty” na kina, gdzie na przedpołudniowych seansach wyłapywano wagarowiczów.

Zobaczywszy milicjantów brat czmychnął z powrotem w ciemność parku i alejkami przedostał się na Wały Chrobrego. Jeżeli zauważył gdzieś milicjanata, natychmiast uciekał gdzieś w bok. W ten sposób droga do domu nie mogła byc ani prosta, ani szybka. Tym bardziej, że ulica Parkowa była jedną z tych, które nie cieszyły się najlepszą sławą, więc i milicjantów było w tej okolicy jakby więcej.

Skradając się, zakosami dotarł jednak do domu zanim milicja zaczęła go naprawdę szukać.

Wychowanie dzieci nie jest takie proste. Warto dwa razy się zastanowić, zanim się je czymś postraszy. A, ze często błędy rodziców powielane są przez następne pokolenia, miałem i ja podobny przypadek ze swoimi dziećmi. Powtarzalismy z moją Eks naszym dzieciaczkom, które były wtedy w wieku przedszkolnym, że trzeba przestrzegać pewnych reguł (jak n.p. przechodzenia tylko na zielonym świetle), bo inaczej to oprócz normalego niebezpieczeństwa grozi to, że zostanie się zatrzymanym przez policję, która wlepi mandat i nie bedzie pieniędzy na chlebek.

Moja Eks zawsze lubiła jeździć sszybko i wkurzała ja moja ślamazarna jazda, dlatego za miastem zawsze ona prowadziła auto. Na podwrocławskiej autostradzie rozpędziła się i nie zwalniała  zbytnio pomimo rozpoczynającej się drogi dwukierunkowej. A tam właśnie stała policja. Zatrzymali nas. Kazali Eks wysiąść z samochodu. I wty momencie dzieci jak na komendę zaczęły histerycznie płakać, że zapłacimy mandat i nie bedziemy mieli co jeść. Próbowałem je uspokoić, ale to nie takie proste. Trzeba byłoby zaprzeczyc wszystkim swoim wczesniejszym ostrzezeniom. Utrata autorytetu murowana. Próbuję jednak ratowac sytuację tłumacząc, ze jeszcze trochę na jedzenie nam zostanie, ze może nie bedzie tak źle. Biedaczki na tylnym siedzeniu uspokoiły sie nieco. Odwracam się więc znów do przodu, a tam Eks podchodzi do drzwi i lejąc krokodyle łzy, mówi, żebym dał jakies pieniądze bo policjanci wlepili jej mandat pięćsetzłotowy. Najwiekszy jaki mogli. Zobaczywszy zrozpaczoną, zapłakaną mamę i usłyszawszy, ze dostaliśmy największy mandat, dzieciaczki jak na komendę podniosły jeszcze większe larum. Już nie mogłem uciszyć ich płaczu. Chyba policjanta wzięła litość jak zobaczył płaczace dzieci i płaczącą eks. Zapłaciła stówę. Ale jeszcze przez kilka minut staliśmy na poboczu, bo musiała się wypłakać (i dzieci też) zanim pojechalismy dalej.

Orinoko, 24.02.2008; 21:50 LT

01:18, searover
Link Dodaj komentarz »

  

Ciekawe czy dziecięce, pierwsze doświadczenia deformują pamięć tak, by rozmaite wspomnienia miały ów szczególny posmak, do którego w dorosłym życiu dążymy, najczęściej bezskutecznie? Nie ma wszak powrotu do bajkowej krainy powszechnej szczęśliwości. Jeśli nawet otrzemy się o poszukiwany od lat ideał, często jedyną reakcją jest rozczarowanie, że to, co pamietaliśmy jako coś niezwykłego, okazało się banalne oraz niewarte zachodu. I tylko żal wtedy, że na własną prośbę zabiliśmy jakiś piękny mit.

Dla mnie takim mitem były ogromne fale moich pierwszych spotkań z Bałtykiem. Pewnie zupełnie inaczej wyglądały one z perspektywy niewyskoiego kilkulatka. Do tego potęgowane były odczuwaniem zjawiska wcześniej nieznanego, albo bardzo rzadko widywanego, bo cóż w tym względzie mogła zaoferować Odra? Wielka, ale jednak tylko rzeka.

Do dziś uwielbiam biec nad morze gdy tylko trochę mocniej zawieje. Zawsze z irracjonalną nadzieją, że zobaczę te ogromne fale zwalające się na plażę. I zawsze towarzyszy spacerowi niedosyt, że to jednak nie to. A jakież mogły to być fale w letni, słoneczny dzień na świnoujskiej plaży czterdzieści lat temu?

Pamiętam też saneczkowe szaleństwa na pagórkach w Parku Żeromskiego. A już zjazd kawałeczek dalej, z górki przy kościele p.w. Św. Stanisława Kostki, przywoływany w pamięci do tej pory wzbudza dreszcz emocji. Do czasu kiedy ruszam na spacer przez park. Te pagórki wydają się tak żałośnie płaskie, ze czasem się dziwię, że w ogóle dawało sie tam zjeżdżać. A może to erozja? Może za następne czterdzieści lat staną sie zupełnie płaskie? E, tam! Jeśli erozja, to chyba mej pamięci.

 

Jest w mej pamięci coś, czego szukam bezskutecznie od bardzo wielu lat. To lody „Pingwiny”. Pamiętam sprzedawców w biąłych fartuchach olbrzymimi termosami albo z pomalowanymi na biało skrzyniami wypełnionymi suchem lode. Za jedyne 1,80 zł. oferowali cudo na patyku, Lód miał kształt walca. Zawinięty w biały pergamin, nadziany na drewniany patyczek, podobny do tych, na jakie dziś utyka się szaszłyki. Spod pergaminu przebijał lekko żółtawy kolor, który ujawniał się w całości dopiero po odwinięciu papierka. Zaczynałem lizać, albo delikatnie odgryzać zmrożonną delicję i rozkoszowałem się smakiem. Pingwiny były tylko w tym jednym smaku, nie tak jak późniejsze bambino. To był chyba smak waniliowy. Waniliowy, ale jaki! Nigdy więcej takich lodów nie jadłem.

Raz trafiłem na bardzo zbliżone i w smaku i w kolorze i konsystencji lody soprano. Kiedy jednak następnego roku poszedłem w to samo miejsce, po budce z lodami nie było już śladu. Nieraz potem kupowałem lody soprano w nadziei na powtórkę lecz nigdy nie udało mi się nawet zbliżyć do tej nuty.

Może to dobrze? Najbardziej przykre byłoby chyba, gdyby pewnego dnia na ulicy pojawił się  ubrany na biało sprzedawca pingwinów, a jego produkt chociaz identyczny jak ten pamiętany, okazałby się siermiężny w smaku i nie dorównujący temu co oferują lodówki w każdym osiedlowym sklepiku.

Morze Karaibskie, 20.02.2008; 22:45 LT

00:59, searover
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 lutego 2008

    

Na złość mamie odmrożę sobie uszy. To znane powiedzenie odzwierciedla dość swoiscie pojętą logikę niektórych dziecięcych zachowań.

Jak to w dawnych wielodzietnych i ubogich rodzinach bywało, dzieci dość wczesnie zostawały wprowadzane w rozmaite obowiązki. Starsze nierzadko pomagały przy pracy, młodsze opiekowały sie najmłodszym rodzeństwem i zajmowały się różnymi, codziennymi  pracami domowymi. Tak było i w rodzinnym domu mojej mamy. Trzy najmłodsze siostry zostawały same. Janka, najstarsza z nich i najpoważniejsza (nie z racji wieku lecz charakteru) pilonowała porządku. Młodsze, Jadzia i Hania to były urwisy, którym tylko psoty zaprzatały głowę. A już szczególnie celowała w tym Hania.  To ona wpadła na pomysł by skosztować wyniesionych po Bożym Narodzeniu figurek z bożonarodzeniowej szopki. Figurki, kupione na jarmarku w Łomży wykonane były z ciasta. Wyglądały ładnie i może nawet apetycznie, lecz twarde ciasto nie nadawało sie do jedzenia. Hania jednak przekonać się o tym musiała dopiero po solidnym nadgryzieniu kilku elemntów szopki.

Innym razem sostrzyczki nasmiewały się wieczorem ze swojego taty. Szkraby sypiały we trójkę w wielkim łóżku pod równie ogromną pierzyną. Wieczorami musiały siedzieć w tym łóżku cicho, by nie przeszkadzać tacie w czytaniu książek. Dziadek uwielbiał ksiązki, ale ojcowie w owych czasach byli znacznie bardziej surowi niz dziś. Dziewczynki jeśli nie zachowywały się grzecznie, dostawały burę. Dzieci jednak  pamiętają ja na ogół tylko do czasu następnej psoty. W łóżku miejsce przy ścianie zajmowała Janka. W środku sypiała Jadzia, a Hania zajmowała miejsce od zewnątrz. Tego dnia dziadek w przerwie lektury, gdy zajął się czyms innym, zaczął... śpiewać. Pewnie nie był zbyt dobrym solistą (gdyby był, byc może odziedziczyłbym po nim choć odrobinę talentu i sam nie miałbym tyle kłopotów z zanuceniem czegokolwiek), skoro siostrzyczki zaczęły po cichu go przedrzeźniać i smiać sie po cichu. Ponoć szczególnie rozbawaiło ich zawodzenie dziadka w jakiejś szczególnie wysokiej tonacji. Kiedy więc znów zaczął refren z wysokiego tonu, Hania nagle na cały głos zawyła równie wysoko

- Uuuuuuuuuuuuuu!

Trwało to ułamek chwili. Dziadek przestał w mgnieniu oka i odwrócił się w stronę łóżka. Wiedział, ze to Hani sprawka. Zanim jednak ruszył w ich kierunku dziewczynki ze śmiechem i z piskiem przerazenia zarazem naciągnęły kołdrę na swoje głowy. Zrobił się rejwach, pod kołdrą zakotłowało się od wierzgajacych i piszczących dzieciaków, Dziadka rozsierdziło to chyba jeszcze bardziej. Hania, cwaniaczka, pod kołdrą wepchnęła się między siostry, na zewnątrz wypychając Jadzię. W tym momencie dziadek dopadł łóżka i uchylił kołdrę na tyle, by odkryła  wystającą małą pupę i wymierzył kilka solidnych klapsów.

Rozległ się teraz płacz karconego dziecka. Dziadek odkrył kołdrę całkiem.

- Jadziu to ty?

Jadzia, skarcona niesłusznie zaczęła płakać jeszcze głośniej, absolutnie niewspółmiernie do otrzymanych razów. Jej krzyk i interwencja babci (czyli jej mamy) uratowały Przed wymierzeniem sprawiedliwości Hanię.

Hani zawasze się jakos udawało. Do spółki z Jadzią często też uprzykrzały życie starszej siostrze, która musiała być poważna także z racji obowiązków. Psociły często specjalnie, aby zrobic jej na złość.

Pewengo razu Janka znów czegoś im zabroniła. Hania rozejrzała sie po chacie.

- Jak mi nie pozwolisz to.... - zastanawiała sie co by tu wymysleć - ... to siądę gołym tyłkiem na kuchni!

Kuchnia to był typowy wiejski piec z metalową płyta i fajerkami, na których stawiało się saganki. W środku ogień buzował aż miło. Płyta rozgrzana że hej! Fajerki prawie czerwone.

- Nie zrobisz tego. – powiedziała spokojnie Janka. Nie mogła pokazać, ze da się zaszantazować siostrze. W dodatku w taki głupi sposób.

- A właśnie, że zrobię. A mama jak wróci, to ci wleje, ze nas nie upilnowałaś!

- Nie zrobisz! – powtórzyła stanowczo Janka.

Mierzyły się wzrokiem. Która silniejsza? Cwana, rozbrykana Hania, czy spokojna i potulna Janka?

Nagle hop i Hania siedzi na fajerkach! W tej samej sekundzie dziki wrzask i odbiła się stamtąd jak z katapulty. Płacz i krzyk. Na pupie niczym stempel odciśnięte slady fajerek. Jadzia biegiem rusza po mamę. Były z powrotem juz po kilku minutach.

Hania przeliczyła się podwójnie. Nie dość, ze nacierpiała się potwornie w chwili spełnionego szantażu, to na dodatek kilka razów dostała nie Janka, że nie upilnowała, ale właśnie ona za ów głupi wybryk.

A na dodatek przez najbliższe kilka tygodni miała kłopot z siadaniem.

 

Sopot, 05.02.2008; 19:50 LT

19:58, searover
Link Komentarze (1) »
czwartek, 31 stycznia 2008

 

Częściowo pozatapiane magazyny w porcie, chaos, narastająca kanonada artylerii..Już nawet nie artylerii. Artyleria grunt przygotowała. To regularne walki twarzą w twarz gdzieś w pobliżu. Nikt już nikogo nie pilnował. Więźniowie, przymusowi robotnicy zostali pozostawieni sami sobie. Każdy teraz szukał miejsca by przeżyć przejście frontu. Nie dać się zabić w tych ostatnich chwilach niemieckiej okupacji.

Cała, wywieziona na roboty do Prus Wschodnich rodzina mojej mamy ostatnie dni przed wkroczeniem Rosjan spędziła w Królewcu. Po bombardowaniu miasta, kiedy walki frontowe były przesuwały się coraz bliżej jego granic, zostali pozostawieni sami sobie. Obóz, w którym ich przetrzymywano przestał istnieć. Ukryli się w piwnicy.

W ciasnych i dusznych pomieszczeniach oprócz nich schronienia szukało mnóstwo innych ludzi. Przemieszane narodowości. Cywile czekali na przetoczenie się nawałnicy. W oczach niemieckich strach i przerażenie, ale tez i spokojne, zrezygnowane  oczekiwanie na rozwój wypadków.  W polskich nadzieja na upragnioną wolność. Ale wśród Polaków też już znane były frontowe obyczaje Czerwonoarmistów. Co prawda gwałcili tylko Niemki, ale kto mógł wiedzieć jak to będzie na pewno? A bo to będą pytać o narodowość. Mama była wtedy kilkuletnią dziewczynką. Jej nieco starsza siostra miała niecałe dwanaście lat. Kolejna z sióstr już jednak czternaście. Babcia na siłę opatulała ją w jakieś szmaty, byle tylko jej świeża kobiecość nie zwróciła uwagi sołdatów. Młodziutka dziewczyna złościła się. Uważała, że babcia niepotrzebnie panikuje.

Razem z cywilami w piwnicy, choć oddzielnie, nieco z boku rozlokowali się niemieccy żołnierze. Chyba mieli bronić tych domów, ulic, lecz woli walki nie było już żadnej.

Któryś z żołnierzy, młody mężczyzna dyskretnie nawiązał kontakt z cywilami. Ktoś dał mu cywilne ciuchy. Skrył się kawałek dalej i niezauważony przez kolegów zamienił ubranie. Mundur wylądował w jakiejś dziurze. On oddalił się w najdalszy kąt piwnicy. Nie nacieszył się. Niedługo potem milczący cywile patrzyli jak jego dawni koledzy prowadzili go z powrotem. Dezertera. Na podwórze. Strzał. Nie gdzieś daleko. Tu, tuż obok. Nie było wątpliwości. Co za bezsensowna smierć. Po chwili wrócili. Bez dezertera.

Oczekiwanie oczekiwaniem, a fizjologia rządzi się swoimi prawami.

- Mamo, chcę siku. – powiedziała w końcu do babci moja mama.

- Teraz? – syknęła z wyrzutem babcia.

Miejsce do załatwiania potrzeb  było w drugim końcu piwnicy. Żeby tam się dostać, trzeba było przejść przez leżących pokotem w półśnie niemieckich żołnierzy.

- Gdzie chcesz iść? Pozabijają nas!

Mama czekała, czekała, lecz w końcu nie wytrzymała. Ruszyła przez pwinicę.

- Gdzie!? – syknęła babcia, ale ona już wchodziła między niemieckich żołnierzy. Wróciła po kilku minutach. Cukierki, kawałki czekolady ledwie mieściły się w jej małych dłoniach. Okazało się, że wrogowie tez miewają ludzkie uczucia.

Tymczasem kanonada strzałów i wybuchów zbliżała się coraz bardziej. W piwnicy zapadła pełna napięcia cisza. Nikt sie nie odzywał. Wśród huków eksplozji dawało się usłyszeć coraz wyraźniejsze rosyjskie słowa.

Nagle drzwi wejściowe do piwnicy otworzyły się z łomotem od jakiegoś kopniaka.

- Wychodit’ job Twoju mać!!! – ryknął wpadający żołnierz, a za nim grupa następnych. Potworny wrzask, tupot nóg. Oni w takim samyt stressie jak i ci stłoczeni w piwnicy. – Rozpizdit was za...!

- Nicht schiessen! Nicht schiessen! – Niemcy na wyciągaja w góre ręce tak jakby chcieli dosięgnąć pierwszego pietra.

- My Poliaki! – drą się tymczasem ludzie z drugiej strony piwnicy.

Huki wystrzałów zagłuszone przez przekrzykujących się w rozmaitych językach żołnierzy i cywilów.

- Sołdatow niet? – pyta się ktoś cywili, a kilku innych Rosjan wpada w tłum i sprawdza każdy zakamarek.

Kobiety kula się ze strachu. Tymczasem niemieccy żołnierze poszturchiwani karabinami, wśród steków wyzwisk, z podniesionymi rekami truchtem puszczają piwnicę. Kończy się przeszukanie. Wybiegają Rosjanie. Ktos z ostatnich krzykiem nakazuje

- Nie wychodit’!!!

Po tych wrzaskach  wydaje się, ze teraz w piwnicy następuje głucha cisza. Krzyki Rosjan, podobnie jak strzały oddalają się, przenoszą do nastepnych budynków.

Cywile siedzą w milczeniu. Czekają na nadejście tych z drugiej linii. Piekło się przetoczyło. Zostali wyzwoleni.

Gdynia, 31.01.2008; 01:05 LT

01:17, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2008

   

- Tam był taki wielki telewizor! – opowiadały mamie z przejęciem moje dzieci, kiedy wróciliśmy z poranka w kinie „Zamek”. Było to już jednak w okresie wykraczającym poza założone ramy czasowe.

A mój pierwszy film? Njapierw był pierwszy film mojego brata. Mama zabrała go do kina na dwudziestą. Miał wtedy chyba z osiem albo dziewięć lat. Film był dozwolony od lat siedmiu. Bardzo chciałem iść z nimi, lecz mama nie chciała ryzykować, że mnie nie wpuszczą. Poza tym pora była nie dla maluchów. Płakałem bardzo, ale brat udobruchał mnie pożyczając na cały wieczór swoje farby, a babcia miała pozwolić mi na malowanie przez cały wieczór.

Musiałem jeszcze poczekać na swoją kolejkę. Miałem niecałe sześć lat kiedy mama oznajmiła mi, że pójdziemy do kina. Chodziłem wtedy do klasy przygotowawczej (dziś nazywa się to „zerówką”). Po powrocie ze szkoły szybciutko zjadłem obiad i poszliśmy na popołudniowy seans. Właściwie to pojechaliśmy. Taksówką. Warszawą garbusem. Innych wtedy nie widywałem.

Seans odbywał się w kinie Pionier, które w przyszłym roku obchodzic będzie stulecie swojego istnienia.

- Wpusci go pani? – zapytała mama bileterkę zanim kupiła bilety.

- Tak, proszę.

I już po chwili zasiadaliśmy w drewnianych, skrzypiących fotelach. Film nazywał się „Czterej Pancerni i Pies”. Miał jeszcze przy tym jakis numerek. Bo o ile dobrze pamiętam, w inach wyświetlano bloki chyba po dwa odcinki. Wracałem z kina odmieniony. Od tej pory mogłem razem z chłopakami na podwórku opowiadać sobie oglądane historie z nieśmiertelnym: „a najlepiej było jak...(tu nastepowało przywołanie jakiejś sceny)”.

Pionier był malutkim kinem. Kliteczką własciwie. Chyba ze dwa lata później kuzyni zabrali mnie do największego szczecińskiego kina. Nazywało się „Colosseum” i miesciło w charakterystycznym budynku z czerwonej cegły przy ulicy 5 Lipca.

- Ale nie bedziesz się bać? – upewniali się przed seansem, kiedy z zapartym tchem stojąć w długiej kolejce po bilet oglądałem fotosy.

- Nie! – odpowiadałem twardo.

Chyba troche ich to rozczarowało, więc pytali czy nadążę z czytaniem napisów.

- Tak!

To było pod każdym względem nowe wyzwanie. W ogromnym kinie film zagraniczny, który wymagał biegłego czytania napisów. Film panoramiczny, przepięknie kolorowy. No i ta treść... Film nosił tytuł „Ucieczka King Konga” i był produkcji japońskiej. Na mnie, kilkulatku, zrobił ogromne wrażenie. Stałem się fanem japońskich filmów o potworach chyba na cały okres podstawówki. Nie odpuściłem żadnego.

I na „Pancernych” i na „King Kongu” szedłem ze starszymi i tylko dzięki temu udało mi się wejść. W tamtych czasach twardo przestrzegano limitów wieku. Brak legitymacji szkolnej czyli brak możliwości zweryfikowania wieku mógł oznaczać pożegnanie sie z seansem. Filmy były dzielone na dozowlone od lat siedmiu, jedenastu, czternastu, szesnastu i osiemnastu. Wiadomo było powszechnie, że na tych od lat osiemnastu aktorzy się całują, a czasem nawet trafia się jakaś golizna. Żaden dwunasto czy trzynastolatek nie miał jednak szans by się przeslizgnąć na widownię

Ba! Co tu mówić o goliźnie. Jedno z największych upokorzeń przeżyłem w moim ukochanym (później) kinie „Delfin”. W niedzielne, wczesne popołudnie wybrałem się na niewinne wydawałoby się „Poskromienie złośnicy”.  Seans był dla widzów od lat czternastu. Ja miałem niecałe trzynaście. Surowa bileterka zażądała legitymacji i... nie wpuściła mnie.

- Niech pani go wpuści – nalegał mój brat, wówczas już siedemnastolatek.

- Nie, bo nie wiem czy się nie zgorszy – odpowiedziała twardo. Nie było rady, trzeba było zwrócic bilet do kasy.

Kiedy skończyłem lat szesnaście, nikt przy wejściu nawet na  te od lat osiemnastu ceregieli nie robił. Być może czasy się zmieniły i kryteria złagodniały. Był to wszak okres gierkowskiego przyspieszenia i otwarcia się na świat. Kino zawładnęło mną wtedy do końca. Chodziłem po dwa razy w tygodniu, zapisywałem się do DKF-ów, obejrzałem wiele pięknych dzieł, lecz niewiele obrazów utkwiło mi w pamięci tak mocno jak te „inicjacyjne”. I ciagle widzę te lampki nad drzwiami: „Przerwa”, „Kronika”, „Dodatek”, „Film” wyznaczające rytm każdego seansu. Trochę żal, że dziś przed filmem zamiast nich serwuje się tylko reklamy.

Gdynia, 22.01.2008; 01:20 LT

01:35, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 stycznia 2008

 
  

Po przyjeździe do Szczecina moja mama wraz ze swą siostrą Hanią mieszkały u swojej zamężnej już siostry, Ireny. Właściwie to nigdy nie mówiło sie o niej Irena, lecz Ira. Mieszkanie kątem u siostry nie mogło byc docelowym rozwiązaniem. Wkrótce obydwie wyprowadziły sie do innego lokum. Dwupokojowe mieszkanie na parterze odrapanej oficyny przy ulicy Parkowej. Tam po latach miałem się urodzić.

Mieszkanie to nie miało żadnych wygód w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Ciemne, bo była to najdalsza oficyna, której najniższe kondygnacje przesłaniały częściowo jakieś komórki. Woda była oczywiście tylko zimna. W zlewie w kuchni, bo o łazience można było tylko pomarzyć. Potrzeby załatwiało się w ubikacji na półpiętrze, wspólnej dla kilku mieszkań malutkiej kliteczce, w której ledwo mieściła się muszla ze spłuczką. Ogrzewanie zapewniały usytuowane w pokojach piece kaflowe. Codziennym rytuałem było więc przynoszenie z piwnicy węgla i poranne rozpalanie. W kuchni pieca nie było. Pamietam więc poranne „liściaste” ornamenty pokrywające za sprawą morozu szyby kuchennego okna. Ciepło w kuchni zapewniała tak zwana „koza”, czyli metalowy piecyk ustawiany tam na zimę. Koza zawsze mnie intrygowała. Lubiłem przy niej siedzieć i dorzucać czegoś, tak jak dorzucca się drew do ogniska.

Ja jednak pojawiłem się znacznie później. Wcześniej mama poznała mojego tatę. Nie wiem, nie dopytałem się, jak randki wyglądały w tamtych czasach. Nadszedł jednak taki moment, kiedy w końcu chłopak zostaje zaproszony do domu dziewczyny. I ta wizyta została utrwalona w rodzinnych anegdotach.

Oczywiście nic nie dzieje się przypadkiem i dziewczyna zazwyczaj doskonale wie, kiedy taka wizyta może nastąpić. Jest wiec już odpowiednio przygotowana. Tak też było i tym razem. Zreszta umówili sie na poprzedniej randce, ze następnym razem jej chłopak przyjdzie prosto do jej mieszkania. Było więc wysprzątane, przygotowany jakiś poczęstunek i cała oprawa jak to w takich sytuacjach bywa. Siostra wyszła do kina czy gdzies na spacer, żeby nie przeszkadzać. I w końcu zjawia się on. Elegancki, z kwiatami...

Wszystko toczyło sie pięknie, aż nagle mama zauważyła, ze jej narzeczony zaczyna sie robic jakiś nieswój. Niby rozmawia, lecz myslami jest jakby gdzie indziej. Widać, ze coś go gnębi albo niepokoi. W końcu mówi, że musi juz iść, nie ma czasu i takie tam różne dyrdymały. Żegna się i wychodzi.

Mama została zdumiona sama. Wraca siostra, a w domu płacz i grobowa atmosfera. Randka nieudana. Obie przez cały wieczór analizują co sie mogło stać. Co go uraziło? Dlaczego wyszedł tak szybko? Rozmaitych możliwości wiele. Od najczarniejszych po zupełnie błahe. Co?

Nie trafiły z żadną z nich.

Wyjaśniło się to niedlugo później, bo do następnych randek doszło, dzieki czemu młodzi się wkrótce pobrali, a po kilku następnych latach dane było mi za ich sprawą przyjść na świat.

Tatę po prostu nagle przycisnęło by wyjść za potrzebą. A, że był bardzo zestressowany pierwszą wizytą u sowjej dziewczyny, wydawało mu się bardzo niestosowne by w tak pięknych okolicznościach prosić o klucz do przybytku na półpiętrze. W końcu przyszedł tam z kwiatami szeptać miłe słówka, patrzeć głęboko w oczy, pewnie całować się, a nie za przeproszeniem.... oddawać stolec!

Nie, zdecydowanie lepiej było przerwać mile zapowiadającą się randkę i próbować nietakt naprawić potem, niż skandalem zepsuć wszystko na początku nieodwracalnie. Szczęsliwie nietakt udało się naprawić, bo przykro by mi było, gdyby ominęło mnie to życie z powodu zwykłej kupy.

Gdynia, 15.01.2008; 23:45

 

23:49, searover
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008

Pmiętniki. Nieodłączny atrybut dorastających dziewcząt. Myślę sobie, że w dziewięćdziesięciu procentach przypadków nie przechodzą próby czasu. Kończą zapewne gdzieś w piwnicach albo na smietnikach razem z lalkami, maskotkami, szkolnymi zeszytami, na które nie ma miejsca, bo trzeba je zrobić na kolejne pojawiające się w życiu gadżety.

Nie docenia się ich, kiedy są świeże. Jeżeli jednak uda im się ominąć w zapomnieniu niebezpieczeństwa rozmaitych porządków, stają się tym, do czego zostały powołane. Skarbnicą pamięci.

Z dużym wzruszeniem oglądałem niedawno pamiętnik mojej mamy. Cud, że się uchował. Mamy, staruszki nie ma juz na tym świecie, a na pożółkłych kartach przewija się galeria jej przyjaciół z czasów kiedy miała piętnaście lat.

Większość wpisów pochodzi z 1950 i 1951 roku. Te wcześniejsze są jeszcze z Kleczkowa – rodzinnej wsi mojej mamy. Potem pojawia się Szczecin. Gdzieś między piętnastym a szesnastym rokiem życia opuściła rodzinny dom, by szukać lepszego życia w przyłączonym po wojnie do Polski mieście.

Niektóre wierszyki są chyba nieśmiertelne. Widywałem je jeszcze w pamiętnikach prowadzonych w latach osiemdziesiątych. Dziś byc może pisze się inaczej – bez przesadnego patosu, za to zdecydowanie bardziej kolorowo.

Na pierwszej stronie niejaka Basia wpisuje się „Czarnej Jadzi”. Ciekawe skąd to określenie? Mama miała włosy ciemne, lecz dalekie od czarnych. A może chodziło o cos zupełnie innego? Nigdy się juz nie dowiem.

Jeden z bardziej kolorowych wpisów ilustrowany jest wycietymi zapewne z jakiegos czasopisma albo okolicznościowej kartki fotografiami dziewczynek. Bardzo retro.

Potem znów Basia. Być może ta sama co na pierwszej stronie, a może inna? Jakiś portret w ołówku. Ciekawe czy to taki zwykły rysunek, czy może próba sportretowania koleżanki?

Wpis od chłopaka, już w Szczecinie:

Pamiętaj koleżanko ze szkolnej ławy

Te przyjemne chwile i zabawy

Pamietaj tych co nad nami stali wiecznie

I wołali „siadaj, niedostatecznie”

Czy jakikolwiek szesnastoletni chłopak wpisałby dziś dziewczynie coś takiego be z narażenia się na obciach na oczach całej klasy? Troche zmieniło sie jednak przez te pięćdziesiąt sześć lat.

Nieco dalej o dwa lata starsza siostra wpisuje się mamie

Ucz się Jadziu

Ucz się miła

Bo nauka to jest świat

Bez nauki człowiek zginie

Jak bez wody kwiat

Po 1951 roku nastepuje kilkanaście lat przerwy aż pojawiają się notki, które szczególnie mnie rozrzewniły.

Mój brat, wówczas w trzeciej klasie podstawówki zilustrował swój wpis Kubusiem.

Tą samą datą, 25 lutego 1968 r. jest także opatrzona moja notka. Bardzo koślawe litery, z potwornymi błędami (miałem wtedy zaledwie nieco ponad pięć lat) z niewielką korektą brata (widać dwa słowa dopisane jego charakterem pisma) to chyba najstarsza zapisana przeze mnie kartka, którą udało się dzięki pamietnikowi mamy zachować

Warto pisać pamiętniki. Lecz najważniejsze, by się ich w zawirowaniach życia nie pozbywać.

Berlin,07.01.2008; 07:00 LT

  

23:51, searover
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3