czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008

 

Częściowo pozatapiane magazyny w porcie, chaos, narastająca kanonada artylerii..Już nawet nie artylerii. Artyleria grunt przygotowała. To regularne walki twarzą w twarz gdzieś w pobliżu. Nikt już nikogo nie pilnował. Więźniowie, przymusowi robotnicy zostali pozostawieni sami sobie. Każdy teraz szukał miejsca by przeżyć przejście frontu. Nie dać się zabić w tych ostatnich chwilach niemieckiej okupacji.

Cała, wywieziona na roboty do Prus Wschodnich rodzina mojej mamy ostatnie dni przed wkroczeniem Rosjan spędziła w Królewcu. Po bombardowaniu miasta, kiedy walki frontowe były przesuwały się coraz bliżej jego granic, zostali pozostawieni sami sobie. Obóz, w którym ich przetrzymywano przestał istnieć. Ukryli się w piwnicy.

W ciasnych i dusznych pomieszczeniach oprócz nich schronienia szukało mnóstwo innych ludzi. Przemieszane narodowości. Cywile czekali na przetoczenie się nawałnicy. W oczach niemieckich strach i przerażenie, ale tez i spokojne, zrezygnowane  oczekiwanie na rozwój wypadków.  W polskich nadzieja na upragnioną wolność. Ale wśród Polaków też już znane były frontowe obyczaje Czerwonoarmistów. Co prawda gwałcili tylko Niemki, ale kto mógł wiedzieć jak to będzie na pewno? A bo to będą pytać o narodowość. Mama była wtedy kilkuletnią dziewczynką. Jej nieco starsza siostra miała niecałe dwanaście lat. Kolejna z sióstr już jednak czternaście. Babcia na siłę opatulała ją w jakieś szmaty, byle tylko jej świeża kobiecość nie zwróciła uwagi sołdatów. Młodziutka dziewczyna złościła się. Uważała, że babcia niepotrzebnie panikuje.

Razem z cywilami w piwnicy, choć oddzielnie, nieco z boku rozlokowali się niemieccy żołnierze. Chyba mieli bronić tych domów, ulic, lecz woli walki nie było już żadnej.

Któryś z żołnierzy, młody mężczyzna dyskretnie nawiązał kontakt z cywilami. Ktoś dał mu cywilne ciuchy. Skrył się kawałek dalej i niezauważony przez kolegów zamienił ubranie. Mundur wylądował w jakiejś dziurze. On oddalił się w najdalszy kąt piwnicy. Nie nacieszył się. Niedługo potem milczący cywile patrzyli jak jego dawni koledzy prowadzili go z powrotem. Dezertera. Na podwórze. Strzał. Nie gdzieś daleko. Tu, tuż obok. Nie było wątpliwości. Co za bezsensowna smierć. Po chwili wrócili. Bez dezertera.

Oczekiwanie oczekiwaniem, a fizjologia rządzi się swoimi prawami.

- Mamo, chcę siku. – powiedziała w końcu do babci moja mama.

- Teraz? – syknęła z wyrzutem babcia.

Miejsce do załatwiania potrzeb  było w drugim końcu piwnicy. Żeby tam się dostać, trzeba było przejść przez leżących pokotem w półśnie niemieckich żołnierzy.

- Gdzie chcesz iść? Pozabijają nas!

Mama czekała, czekała, lecz w końcu nie wytrzymała. Ruszyła przez pwinicę.

- Gdzie!? – syknęła babcia, ale ona już wchodziła między niemieckich żołnierzy. Wróciła po kilku minutach. Cukierki, kawałki czekolady ledwie mieściły się w jej małych dłoniach. Okazało się, że wrogowie tez miewają ludzkie uczucia.

Tymczasem kanonada strzałów i wybuchów zbliżała się coraz bardziej. W piwnicy zapadła pełna napięcia cisza. Nikt sie nie odzywał. Wśród huków eksplozji dawało się usłyszeć coraz wyraźniejsze rosyjskie słowa.

Nagle drzwi wejściowe do piwnicy otworzyły się z łomotem od jakiegoś kopniaka.

- Wychodit’ job Twoju mać!!! – ryknął wpadający żołnierz, a za nim grupa następnych. Potworny wrzask, tupot nóg. Oni w takim samyt stressie jak i ci stłoczeni w piwnicy. – Rozpizdit was za...!

- Nicht schiessen! Nicht schiessen! – Niemcy na wyciągaja w góre ręce tak jakby chcieli dosięgnąć pierwszego pietra.

- My Poliaki! – drą się tymczasem ludzie z drugiej strony piwnicy.

Huki wystrzałów zagłuszone przez przekrzykujących się w rozmaitych językach żołnierzy i cywilów.

- Sołdatow niet? – pyta się ktoś cywili, a kilku innych Rosjan wpada w tłum i sprawdza każdy zakamarek.

Kobiety kula się ze strachu. Tymczasem niemieccy żołnierze poszturchiwani karabinami, wśród steków wyzwisk, z podniesionymi rekami truchtem puszczają piwnicę. Kończy się przeszukanie. Wybiegają Rosjanie. Ktos z ostatnich krzykiem nakazuje

- Nie wychodit’!!!

Po tych wrzaskach  wydaje się, ze teraz w piwnicy następuje głucha cisza. Krzyki Rosjan, podobnie jak strzały oddalają się, przenoszą do nastepnych budynków.

Cywile siedzą w milczeniu. Czekają na nadejście tych z drugiej linii. Piekło się przetoczyło. Zostali wyzwoleni.

Gdynia, 31.01.2008; 01:05 LT

01:17, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2008

   

- Tam był taki wielki telewizor! – opowiadały mamie z przejęciem moje dzieci, kiedy wróciliśmy z poranka w kinie „Zamek”. Było to już jednak w okresie wykraczającym poza założone ramy czasowe.

A mój pierwszy film? Njapierw był pierwszy film mojego brata. Mama zabrała go do kina na dwudziestą. Miał wtedy chyba z osiem albo dziewięć lat. Film był dozwolony od lat siedmiu. Bardzo chciałem iść z nimi, lecz mama nie chciała ryzykować, że mnie nie wpuszczą. Poza tym pora była nie dla maluchów. Płakałem bardzo, ale brat udobruchał mnie pożyczając na cały wieczór swoje farby, a babcia miała pozwolić mi na malowanie przez cały wieczór.

Musiałem jeszcze poczekać na swoją kolejkę. Miałem niecałe sześć lat kiedy mama oznajmiła mi, że pójdziemy do kina. Chodziłem wtedy do klasy przygotowawczej (dziś nazywa się to „zerówką”). Po powrocie ze szkoły szybciutko zjadłem obiad i poszliśmy na popołudniowy seans. Właściwie to pojechaliśmy. Taksówką. Warszawą garbusem. Innych wtedy nie widywałem.

Seans odbywał się w kinie Pionier, które w przyszłym roku obchodzic będzie stulecie swojego istnienia.

- Wpusci go pani? – zapytała mama bileterkę zanim kupiła bilety.

- Tak, proszę.

I już po chwili zasiadaliśmy w drewnianych, skrzypiących fotelach. Film nazywał się „Czterej Pancerni i Pies”. Miał jeszcze przy tym jakis numerek. Bo o ile dobrze pamiętam, w inach wyświetlano bloki chyba po dwa odcinki. Wracałem z kina odmieniony. Od tej pory mogłem razem z chłopakami na podwórku opowiadać sobie oglądane historie z nieśmiertelnym: „a najlepiej było jak...(tu nastepowało przywołanie jakiejś sceny)”.

Pionier był malutkim kinem. Kliteczką własciwie. Chyba ze dwa lata później kuzyni zabrali mnie do największego szczecińskiego kina. Nazywało się „Colosseum” i miesciło w charakterystycznym budynku z czerwonej cegły przy ulicy 5 Lipca.

- Ale nie bedziesz się bać? – upewniali się przed seansem, kiedy z zapartym tchem stojąć w długiej kolejce po bilet oglądałem fotosy.

- Nie! – odpowiadałem twardo.

Chyba troche ich to rozczarowało, więc pytali czy nadążę z czytaniem napisów.

- Tak!

To było pod każdym względem nowe wyzwanie. W ogromnym kinie film zagraniczny, który wymagał biegłego czytania napisów. Film panoramiczny, przepięknie kolorowy. No i ta treść... Film nosił tytuł „Ucieczka King Konga” i był produkcji japońskiej. Na mnie, kilkulatku, zrobił ogromne wrażenie. Stałem się fanem japońskich filmów o potworach chyba na cały okres podstawówki. Nie odpuściłem żadnego.

I na „Pancernych” i na „King Kongu” szedłem ze starszymi i tylko dzięki temu udało mi się wejść. W tamtych czasach twardo przestrzegano limitów wieku. Brak legitymacji szkolnej czyli brak możliwości zweryfikowania wieku mógł oznaczać pożegnanie sie z seansem. Filmy były dzielone na dozowlone od lat siedmiu, jedenastu, czternastu, szesnastu i osiemnastu. Wiadomo było powszechnie, że na tych od lat osiemnastu aktorzy się całują, a czasem nawet trafia się jakaś golizna. Żaden dwunasto czy trzynastolatek nie miał jednak szans by się przeslizgnąć na widownię

Ba! Co tu mówić o goliźnie. Jedno z największych upokorzeń przeżyłem w moim ukochanym (później) kinie „Delfin”. W niedzielne, wczesne popołudnie wybrałem się na niewinne wydawałoby się „Poskromienie złośnicy”.  Seans był dla widzów od lat czternastu. Ja miałem niecałe trzynaście. Surowa bileterka zażądała legitymacji i... nie wpuściła mnie.

- Niech pani go wpuści – nalegał mój brat, wówczas już siedemnastolatek.

- Nie, bo nie wiem czy się nie zgorszy – odpowiedziała twardo. Nie było rady, trzeba było zwrócic bilet do kasy.

Kiedy skończyłem lat szesnaście, nikt przy wejściu nawet na  te od lat osiemnastu ceregieli nie robił. Być może czasy się zmieniły i kryteria złagodniały. Był to wszak okres gierkowskiego przyspieszenia i otwarcia się na świat. Kino zawładnęło mną wtedy do końca. Chodziłem po dwa razy w tygodniu, zapisywałem się do DKF-ów, obejrzałem wiele pięknych dzieł, lecz niewiele obrazów utkwiło mi w pamięci tak mocno jak te „inicjacyjne”. I ciagle widzę te lampki nad drzwiami: „Przerwa”, „Kronika”, „Dodatek”, „Film” wyznaczające rytm każdego seansu. Trochę żal, że dziś przed filmem zamiast nich serwuje się tylko reklamy.

Gdynia, 22.01.2008; 01:20 LT

01:35, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 stycznia 2008

 
  

Po przyjeździe do Szczecina moja mama wraz ze swą siostrą Hanią mieszkały u swojej zamężnej już siostry, Ireny. Właściwie to nigdy nie mówiło sie o niej Irena, lecz Ira. Mieszkanie kątem u siostry nie mogło byc docelowym rozwiązaniem. Wkrótce obydwie wyprowadziły sie do innego lokum. Dwupokojowe mieszkanie na parterze odrapanej oficyny przy ulicy Parkowej. Tam po latach miałem się urodzić.

Mieszkanie to nie miało żadnych wygód w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Ciemne, bo była to najdalsza oficyna, której najniższe kondygnacje przesłaniały częściowo jakieś komórki. Woda była oczywiście tylko zimna. W zlewie w kuchni, bo o łazience można było tylko pomarzyć. Potrzeby załatwiało się w ubikacji na półpiętrze, wspólnej dla kilku mieszkań malutkiej kliteczce, w której ledwo mieściła się muszla ze spłuczką. Ogrzewanie zapewniały usytuowane w pokojach piece kaflowe. Codziennym rytuałem było więc przynoszenie z piwnicy węgla i poranne rozpalanie. W kuchni pieca nie było. Pamietam więc poranne „liściaste” ornamenty pokrywające za sprawą morozu szyby kuchennego okna. Ciepło w kuchni zapewniała tak zwana „koza”, czyli metalowy piecyk ustawiany tam na zimę. Koza zawsze mnie intrygowała. Lubiłem przy niej siedzieć i dorzucać czegoś, tak jak dorzucca się drew do ogniska.

Ja jednak pojawiłem się znacznie później. Wcześniej mama poznała mojego tatę. Nie wiem, nie dopytałem się, jak randki wyglądały w tamtych czasach. Nadszedł jednak taki moment, kiedy w końcu chłopak zostaje zaproszony do domu dziewczyny. I ta wizyta została utrwalona w rodzinnych anegdotach.

Oczywiście nic nie dzieje się przypadkiem i dziewczyna zazwyczaj doskonale wie, kiedy taka wizyta może nastąpić. Jest wiec już odpowiednio przygotowana. Tak też było i tym razem. Zreszta umówili sie na poprzedniej randce, ze następnym razem jej chłopak przyjdzie prosto do jej mieszkania. Było więc wysprzątane, przygotowany jakiś poczęstunek i cała oprawa jak to w takich sytuacjach bywa. Siostra wyszła do kina czy gdzies na spacer, żeby nie przeszkadzać. I w końcu zjawia się on. Elegancki, z kwiatami...

Wszystko toczyło sie pięknie, aż nagle mama zauważyła, ze jej narzeczony zaczyna sie robic jakiś nieswój. Niby rozmawia, lecz myslami jest jakby gdzie indziej. Widać, ze coś go gnębi albo niepokoi. W końcu mówi, że musi juz iść, nie ma czasu i takie tam różne dyrdymały. Żegna się i wychodzi.

Mama została zdumiona sama. Wraca siostra, a w domu płacz i grobowa atmosfera. Randka nieudana. Obie przez cały wieczór analizują co sie mogło stać. Co go uraziło? Dlaczego wyszedł tak szybko? Rozmaitych możliwości wiele. Od najczarniejszych po zupełnie błahe. Co?

Nie trafiły z żadną z nich.

Wyjaśniło się to niedlugo później, bo do następnych randek doszło, dzieki czemu młodzi się wkrótce pobrali, a po kilku następnych latach dane było mi za ich sprawą przyjść na świat.

Tatę po prostu nagle przycisnęło by wyjść za potrzebą. A, że był bardzo zestressowany pierwszą wizytą u sowjej dziewczyny, wydawało mu się bardzo niestosowne by w tak pięknych okolicznościach prosić o klucz do przybytku na półpiętrze. W końcu przyszedł tam z kwiatami szeptać miłe słówka, patrzeć głęboko w oczy, pewnie całować się, a nie za przeproszeniem.... oddawać stolec!

Nie, zdecydowanie lepiej było przerwać mile zapowiadającą się randkę i próbować nietakt naprawić potem, niż skandalem zepsuć wszystko na początku nieodwracalnie. Szczęsliwie nietakt udało się naprawić, bo przykro by mi było, gdyby ominęło mnie to życie z powodu zwykłej kupy.

Gdynia, 15.01.2008; 23:45

 

23:49, searover
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008

Pmiętniki. Nieodłączny atrybut dorastających dziewcząt. Myślę sobie, że w dziewięćdziesięciu procentach przypadków nie przechodzą próby czasu. Kończą zapewne gdzieś w piwnicach albo na smietnikach razem z lalkami, maskotkami, szkolnymi zeszytami, na które nie ma miejsca, bo trzeba je zrobić na kolejne pojawiające się w życiu gadżety.

Nie docenia się ich, kiedy są świeże. Jeżeli jednak uda im się ominąć w zapomnieniu niebezpieczeństwa rozmaitych porządków, stają się tym, do czego zostały powołane. Skarbnicą pamięci.

Z dużym wzruszeniem oglądałem niedawno pamiętnik mojej mamy. Cud, że się uchował. Mamy, staruszki nie ma juz na tym świecie, a na pożółkłych kartach przewija się galeria jej przyjaciół z czasów kiedy miała piętnaście lat.

Większość wpisów pochodzi z 1950 i 1951 roku. Te wcześniejsze są jeszcze z Kleczkowa – rodzinnej wsi mojej mamy. Potem pojawia się Szczecin. Gdzieś między piętnastym a szesnastym rokiem życia opuściła rodzinny dom, by szukać lepszego życia w przyłączonym po wojnie do Polski mieście.

Niektóre wierszyki są chyba nieśmiertelne. Widywałem je jeszcze w pamiętnikach prowadzonych w latach osiemdziesiątych. Dziś byc może pisze się inaczej – bez przesadnego patosu, za to zdecydowanie bardziej kolorowo.

Na pierwszej stronie niejaka Basia wpisuje się „Czarnej Jadzi”. Ciekawe skąd to określenie? Mama miała włosy ciemne, lecz dalekie od czarnych. A może chodziło o cos zupełnie innego? Nigdy się juz nie dowiem.

Jeden z bardziej kolorowych wpisów ilustrowany jest wycietymi zapewne z jakiegos czasopisma albo okolicznościowej kartki fotografiami dziewczynek. Bardzo retro.

Potem znów Basia. Być może ta sama co na pierwszej stronie, a może inna? Jakiś portret w ołówku. Ciekawe czy to taki zwykły rysunek, czy może próba sportretowania koleżanki?

Wpis od chłopaka, już w Szczecinie:

Pamiętaj koleżanko ze szkolnej ławy

Te przyjemne chwile i zabawy

Pamietaj tych co nad nami stali wiecznie

I wołali „siadaj, niedostatecznie”

Czy jakikolwiek szesnastoletni chłopak wpisałby dziś dziewczynie coś takiego be z narażenia się na obciach na oczach całej klasy? Troche zmieniło sie jednak przez te pięćdziesiąt sześć lat.

Nieco dalej o dwa lata starsza siostra wpisuje się mamie

Ucz się Jadziu

Ucz się miła

Bo nauka to jest świat

Bez nauki człowiek zginie

Jak bez wody kwiat

Po 1951 roku nastepuje kilkanaście lat przerwy aż pojawiają się notki, które szczególnie mnie rozrzewniły.

Mój brat, wówczas w trzeciej klasie podstawówki zilustrował swój wpis Kubusiem.

Tą samą datą, 25 lutego 1968 r. jest także opatrzona moja notka. Bardzo koślawe litery, z potwornymi błędami (miałem wtedy zaledwie nieco ponad pięć lat) z niewielką korektą brata (widać dwa słowa dopisane jego charakterem pisma) to chyba najstarsza zapisana przeze mnie kartka, którą udało się dzięki pamietnikowi mamy zachować

Warto pisać pamiętniki. Lecz najważniejsze, by się ich w zawirowaniach życia nie pozbywać.

Berlin,07.01.2008; 07:00 LT

  

23:51, searover
Link Komentarze (2) »