czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
czwartek, 28 lutego 2008

  

Niełatwo znaleźć trudniejsza nazwę do wymówienia dla dzieci. No, ale dla małych dzieci to był Miś, a Świerszcyk był dla takich, którym już raczej mama nie musi czytać. Mój brat chodził wtedy do drugiej klasy podstawówki i o ile dobrze pamiętam, lektura tego czasopisma była dla nich obowiązkowa. Przy okazji korzystałem i ja. Dziś niewiele pamiętam z tamtej lektury. Była „Majka z Siwego Brzegu”, były chyba odcinki Muminków, ale te zupełnie mnie nie zainteresowały. Bardziej od ich przygód interesowało mnie pochodze nie tych stworów. To hipopotamy jakieś, czy co? Poniewaz jednak nie dowiedziałem się, szybko odpusciłem sobie dalsze sledzenie ich losów. Bardzo dokładnie poznałem je za to jakieś trzydziesci lat później, kiedy stały się podstawową bajką w wychowaniu moich dzieci. I przyznam, ze śledzenie oraz komentowanie ich przygód wspólnie z moimi maluchami było dla mnie prawdziwa przyjemnością. Okazuje się, ze na dobre książki nigdy nie jest za późno. Ciekawe, co odkryję gdy kiedyś pojawia się moje wnuki? Może Karlssona z dachu?

Znacznie bardziej przywiązałem się wkrótce potem do Płomyczka, w którym znajdowałem wiele interesujacych mnie rzeczy, ale Świerszczyk jakimś tam epizodem był także.

Pewnego jesiennego dnia mój brat wrócił ze szkołyokoło piętnastej. Mama kończyła właśnie przygotowywanie obiadu. Brakowało jeszcze kilku minut, więc wysłała w międzyczasie brata do kiosku po drugiej stronie ulicy, żeby kupił kolejny numer Świerszczyka, bo to był własnie dzień, kiedy się ukazywał. W tamtych czasach gazety nie leżały tak sobie w kioskach. Jeżeli nie kupiło się od razu, po paru godzinach leżały już tylko takie, których normalnie nikt nie chciał czytać. Pamiętam, że jeszcze w późnych latach siedemdziesiątych, gdy miałem kilkanaście lat, do moich obowiązków domowych należało kupowanie Kuriera Szczecińskiego – popularnej, lokalnej popołudniówki. Kurier dowozili do kiosków około czternastej, a po kilkunastu minutach już go nie było. Przed czasem ustawiały się więc kolejki.

Brat pobiegł, a za chwile mama zaczęła nalewać do talerzy kapuśniak. Zjedli rodzice, zdążyłem zjeść i ja, a brat się nie pojawiał. Zupa na jego talerzu zaczynała stygnąć. Może poszedł do drugiego kiosku? Drugi i trzeci kiosk były jednak w odległości dwóch – trzech minut piechotą. W końcu tato nie wytrzymał – ubrał się poszedł go szukać. Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach wrócił. Sam. Brat przepadł. Mama zaczęła sie poważnie denerwować, więc tato znów poszedł szukać. Trochę dalej. Dwa piętra wyżej mieszkała moja ciocia i kuzyni, z którymi czasem łobuzowaliśmy. Mama poszła zobaczyć, czy czegoś nie wiedzą, a może tak po prostu porozmawiać, wyrzcucić z siebie swój niepokój? Przyszli do nas po chwili. I ciocia i kuzyni. Czekaliśmy.

Wrócił tato. Zrobiło się ciemno, bo jesienne dni do długich nie należą. Co mogło sie wydarzyć? Przecież wychodząc wiedział, że za pięć minut będzie obiad. Tato zaczął dzwonić na pogotowie i do szpitali. Dobra wiadomość to taka, że żadnego dziecka w ostatnich godzinach nie przyjmowali. Zła, że w takim razie wszystkie, nawet te najgorsze warianty są mozliwe. Telefon na milicję. Nie, żadnych meldunków o jakimś dziecku nie było, a na poszukiwania jeszcze za wcześnie.

Nie pamietam co było dalej. Były kolejne poszukiwania na własną rękę i chyba kolejne zgłoszenie na milicję gdy minęła dwudziesta pierwsza. To już sześć godzin i na dodatek robiło się późno. Około dwudziestej drugiej dzwonek do drzwi.

Brat.

Bez Świerszczyka.

Przestraszony, że późna pora.

Jakie to było szczęście, że odnalazł się cały i zdrowy! A potem już tylko pytania, co sie stalo?

Brat padł ofiarą  mechanizmu, który często (przy zachowaniu wszelkich proporcji) prowadzi do zguby hazardzistów, którym wydaje się, że jeszcze tylko jedna próba... Świerszczyka w naszym kiosku nie było, więc poszedł do następonego kiosku, a potem do jeszcze następnego i do jeszcze jednego. Zorientował się, że spóźnia się na obiad, więc tym bardziej chciał, żeby cała ta wyprawa nie poszła na marne. Może jeszcze jeden kiosk i sie uda? Akurat przejeżdżał tramwaj, więc pomyślał, że jeśli podjedzie jeden albo dwa przystanki, to prędzej kupi w jakichs innych kioskach. Dwa przystanki wystarczyły, żeby z Parkowej dojechac do Śródmieścia. A tam kiosków co niemiara.

Nie wiadomo kiedy zrobiło się ciemno. Dał sobie w końcu spokój i postanowił wrócic do domu. Nie miał jednak pieniędzy na bilet tramwajowy (tych na Świerszczyk nie chciał wydawać), a jazda na gapę nie mieściła mu się w głowie. Dobrze nas rodzice wychowywali J

Wracał na piechotę. Po drodze musiał przejść przez Park im. S.Żeromskiego. Park ten nie wyglądał wówczas tak jak dzisiaj. Był znacznie bardziej zarośnięty rozmitymi krzakami i nieoświetlony. Z jednego jego końca nie dało się zobaczyć drugiego. Brat wszedł, ale w ciemnościach pomylił scieżki i wyszedł gdzieś z boku. Tam zobaczył idący chodnikiem rutynowy patrol w osobach dwóch milicjantów. Przestraszył się więc, że moga go złapać, ponieważ rodzice nieraz powtarzali, że dzieciom nie wolno włóczyc się wieczorami po ulicach, a takich co jednak się włóczą to milicja wyłapuje. Zresztą w tamtych czasach rzeczywiscie milicja nękała wałęsające się bez celu dzieciaki, a ze szczególnym respektem komentowane były „naloty” na kina, gdzie na przedpołudniowych seansach wyłapywano wagarowiczów.

Zobaczywszy milicjantów brat czmychnął z powrotem w ciemność parku i alejkami przedostał się na Wały Chrobrego. Jeżeli zauważył gdzieś milicjanata, natychmiast uciekał gdzieś w bok. W ten sposób droga do domu nie mogła byc ani prosta, ani szybka. Tym bardziej, że ulica Parkowa była jedną z tych, które nie cieszyły się najlepszą sławą, więc i milicjantów było w tej okolicy jakby więcej.

Skradając się, zakosami dotarł jednak do domu zanim milicja zaczęła go naprawdę szukać.

Wychowanie dzieci nie jest takie proste. Warto dwa razy się zastanowić, zanim się je czymś postraszy. A, ze często błędy rodziców powielane są przez następne pokolenia, miałem i ja podobny przypadek ze swoimi dziećmi. Powtarzalismy z moją Eks naszym dzieciaczkom, które były wtedy w wieku przedszkolnym, że trzeba przestrzegać pewnych reguł (jak n.p. przechodzenia tylko na zielonym świetle), bo inaczej to oprócz normalego niebezpieczeństwa grozi to, że zostanie się zatrzymanym przez policję, która wlepi mandat i nie bedzie pieniędzy na chlebek.

Moja Eks zawsze lubiła jeździć sszybko i wkurzała ja moja ślamazarna jazda, dlatego za miastem zawsze ona prowadziła auto. Na podwrocławskiej autostradzie rozpędziła się i nie zwalniała  zbytnio pomimo rozpoczynającej się drogi dwukierunkowej. A tam właśnie stała policja. Zatrzymali nas. Kazali Eks wysiąść z samochodu. I wty momencie dzieci jak na komendę zaczęły histerycznie płakać, że zapłacimy mandat i nie bedziemy mieli co jeść. Próbowałem je uspokoić, ale to nie takie proste. Trzeba byłoby zaprzeczyc wszystkim swoim wczesniejszym ostrzezeniom. Utrata autorytetu murowana. Próbuję jednak ratowac sytuację tłumacząc, ze jeszcze trochę na jedzenie nam zostanie, ze może nie bedzie tak źle. Biedaczki na tylnym siedzeniu uspokoiły sie nieco. Odwracam się więc znów do przodu, a tam Eks podchodzi do drzwi i lejąc krokodyle łzy, mówi, żebym dał jakies pieniądze bo policjanci wlepili jej mandat pięćsetzłotowy. Najwiekszy jaki mogli. Zobaczywszy zrozpaczoną, zapłakaną mamę i usłyszawszy, ze dostaliśmy największy mandat, dzieciaczki jak na komendę podniosły jeszcze większe larum. Już nie mogłem uciszyć ich płaczu. Chyba policjanta wzięła litość jak zobaczył płaczace dzieci i płaczącą eks. Zapłaciła stówę. Ale jeszcze przez kilka minut staliśmy na poboczu, bo musiała się wypłakać (i dzieci też) zanim pojechalismy dalej.

Orinoko, 24.02.2008; 21:50 LT

01:18, searover
Link Dodaj komentarz »

  

Ciekawe czy dziecięce, pierwsze doświadczenia deformują pamięć tak, by rozmaite wspomnienia miały ów szczególny posmak, do którego w dorosłym życiu dążymy, najczęściej bezskutecznie? Nie ma wszak powrotu do bajkowej krainy powszechnej szczęśliwości. Jeśli nawet otrzemy się o poszukiwany od lat ideał, często jedyną reakcją jest rozczarowanie, że to, co pamietaliśmy jako coś niezwykłego, okazało się banalne oraz niewarte zachodu. I tylko żal wtedy, że na własną prośbę zabiliśmy jakiś piękny mit.

Dla mnie takim mitem były ogromne fale moich pierwszych spotkań z Bałtykiem. Pewnie zupełnie inaczej wyglądały one z perspektywy niewyskoiego kilkulatka. Do tego potęgowane były odczuwaniem zjawiska wcześniej nieznanego, albo bardzo rzadko widywanego, bo cóż w tym względzie mogła zaoferować Odra? Wielka, ale jednak tylko rzeka.

Do dziś uwielbiam biec nad morze gdy tylko trochę mocniej zawieje. Zawsze z irracjonalną nadzieją, że zobaczę te ogromne fale zwalające się na plażę. I zawsze towarzyszy spacerowi niedosyt, że to jednak nie to. A jakież mogły to być fale w letni, słoneczny dzień na świnoujskiej plaży czterdzieści lat temu?

Pamiętam też saneczkowe szaleństwa na pagórkach w Parku Żeromskiego. A już zjazd kawałeczek dalej, z górki przy kościele p.w. Św. Stanisława Kostki, przywoływany w pamięci do tej pory wzbudza dreszcz emocji. Do czasu kiedy ruszam na spacer przez park. Te pagórki wydają się tak żałośnie płaskie, ze czasem się dziwię, że w ogóle dawało sie tam zjeżdżać. A może to erozja? Może za następne czterdzieści lat staną sie zupełnie płaskie? E, tam! Jeśli erozja, to chyba mej pamięci.

 

Jest w mej pamięci coś, czego szukam bezskutecznie od bardzo wielu lat. To lody „Pingwiny”. Pamiętam sprzedawców w biąłych fartuchach olbrzymimi termosami albo z pomalowanymi na biało skrzyniami wypełnionymi suchem lode. Za jedyne 1,80 zł. oferowali cudo na patyku, Lód miał kształt walca. Zawinięty w biały pergamin, nadziany na drewniany patyczek, podobny do tych, na jakie dziś utyka się szaszłyki. Spod pergaminu przebijał lekko żółtawy kolor, który ujawniał się w całości dopiero po odwinięciu papierka. Zaczynałem lizać, albo delikatnie odgryzać zmrożonną delicję i rozkoszowałem się smakiem. Pingwiny były tylko w tym jednym smaku, nie tak jak późniejsze bambino. To był chyba smak waniliowy. Waniliowy, ale jaki! Nigdy więcej takich lodów nie jadłem.

Raz trafiłem na bardzo zbliżone i w smaku i w kolorze i konsystencji lody soprano. Kiedy jednak następnego roku poszedłem w to samo miejsce, po budce z lodami nie było już śladu. Nieraz potem kupowałem lody soprano w nadziei na powtórkę lecz nigdy nie udało mi się nawet zbliżyć do tej nuty.

Może to dobrze? Najbardziej przykre byłoby chyba, gdyby pewnego dnia na ulicy pojawił się  ubrany na biało sprzedawca pingwinów, a jego produkt chociaz identyczny jak ten pamiętany, okazałby się siermiężny w smaku i nie dorównujący temu co oferują lodówki w każdym osiedlowym sklepiku.

Morze Karaibskie, 20.02.2008; 22:45 LT

00:59, searover
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 lutego 2008

    

Na złość mamie odmrożę sobie uszy. To znane powiedzenie odzwierciedla dość swoiscie pojętą logikę niektórych dziecięcych zachowań.

Jak to w dawnych wielodzietnych i ubogich rodzinach bywało, dzieci dość wczesnie zostawały wprowadzane w rozmaite obowiązki. Starsze nierzadko pomagały przy pracy, młodsze opiekowały sie najmłodszym rodzeństwem i zajmowały się różnymi, codziennymi  pracami domowymi. Tak było i w rodzinnym domu mojej mamy. Trzy najmłodsze siostry zostawały same. Janka, najstarsza z nich i najpoważniejsza (nie z racji wieku lecz charakteru) pilonowała porządku. Młodsze, Jadzia i Hania to były urwisy, którym tylko psoty zaprzatały głowę. A już szczególnie celowała w tym Hania.  To ona wpadła na pomysł by skosztować wyniesionych po Bożym Narodzeniu figurek z bożonarodzeniowej szopki. Figurki, kupione na jarmarku w Łomży wykonane były z ciasta. Wyglądały ładnie i może nawet apetycznie, lecz twarde ciasto nie nadawało sie do jedzenia. Hania jednak przekonać się o tym musiała dopiero po solidnym nadgryzieniu kilku elemntów szopki.

Innym razem sostrzyczki nasmiewały się wieczorem ze swojego taty. Szkraby sypiały we trójkę w wielkim łóżku pod równie ogromną pierzyną. Wieczorami musiały siedzieć w tym łóżku cicho, by nie przeszkadzać tacie w czytaniu książek. Dziadek uwielbiał ksiązki, ale ojcowie w owych czasach byli znacznie bardziej surowi niz dziś. Dziewczynki jeśli nie zachowywały się grzecznie, dostawały burę. Dzieci jednak  pamiętają ja na ogół tylko do czasu następnej psoty. W łóżku miejsce przy ścianie zajmowała Janka. W środku sypiała Jadzia, a Hania zajmowała miejsce od zewnątrz. Tego dnia dziadek w przerwie lektury, gdy zajął się czyms innym, zaczął... śpiewać. Pewnie nie był zbyt dobrym solistą (gdyby był, byc może odziedziczyłbym po nim choć odrobinę talentu i sam nie miałbym tyle kłopotów z zanuceniem czegokolwiek), skoro siostrzyczki zaczęły po cichu go przedrzeźniać i smiać sie po cichu. Ponoć szczególnie rozbawaiło ich zawodzenie dziadka w jakiejś szczególnie wysokiej tonacji. Kiedy więc znów zaczął refren z wysokiego tonu, Hania nagle na cały głos zawyła równie wysoko

- Uuuuuuuuuuuuuu!

Trwało to ułamek chwili. Dziadek przestał w mgnieniu oka i odwrócił się w stronę łóżka. Wiedział, ze to Hani sprawka. Zanim jednak ruszył w ich kierunku dziewczynki ze śmiechem i z piskiem przerazenia zarazem naciągnęły kołdrę na swoje głowy. Zrobił się rejwach, pod kołdrą zakotłowało się od wierzgajacych i piszczących dzieciaków, Dziadka rozsierdziło to chyba jeszcze bardziej. Hania, cwaniaczka, pod kołdrą wepchnęła się między siostry, na zewnątrz wypychając Jadzię. W tym momencie dziadek dopadł łóżka i uchylił kołdrę na tyle, by odkryła  wystającą małą pupę i wymierzył kilka solidnych klapsów.

Rozległ się teraz płacz karconego dziecka. Dziadek odkrył kołdrę całkiem.

- Jadziu to ty?

Jadzia, skarcona niesłusznie zaczęła płakać jeszcze głośniej, absolutnie niewspółmiernie do otrzymanych razów. Jej krzyk i interwencja babci (czyli jej mamy) uratowały Przed wymierzeniem sprawiedliwości Hanię.

Hani zawasze się jakos udawało. Do spółki z Jadzią często też uprzykrzały życie starszej siostrze, która musiała być poważna także z racji obowiązków. Psociły często specjalnie, aby zrobic jej na złość.

Pewengo razu Janka znów czegoś im zabroniła. Hania rozejrzała sie po chacie.

- Jak mi nie pozwolisz to.... - zastanawiała sie co by tu wymysleć - ... to siądę gołym tyłkiem na kuchni!

Kuchnia to był typowy wiejski piec z metalową płyta i fajerkami, na których stawiało się saganki. W środku ogień buzował aż miło. Płyta rozgrzana że hej! Fajerki prawie czerwone.

- Nie zrobisz tego. – powiedziała spokojnie Janka. Nie mogła pokazać, ze da się zaszantazować siostrze. W dodatku w taki głupi sposób.

- A właśnie, że zrobię. A mama jak wróci, to ci wleje, ze nas nie upilnowałaś!

- Nie zrobisz! – powtórzyła stanowczo Janka.

Mierzyły się wzrokiem. Która silniejsza? Cwana, rozbrykana Hania, czy spokojna i potulna Janka?

Nagle hop i Hania siedzi na fajerkach! W tej samej sekundzie dziki wrzask i odbiła się stamtąd jak z katapulty. Płacz i krzyk. Na pupie niczym stempel odciśnięte slady fajerek. Jadzia biegiem rusza po mamę. Były z powrotem juz po kilku minutach.

Hania przeliczyła się podwójnie. Nie dość, ze nacierpiała się potwornie w chwili spełnionego szantażu, to na dodatek kilka razów dostała nie Janka, że nie upilnowała, ale właśnie ona za ów głupi wybryk.

A na dodatek przez najbliższe kilka tygodni miała kłopot z siadaniem.

 

Sopot, 05.02.2008; 19:50 LT

19:58, searover
Link Komentarze (1) »