czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
piątek, 23 listopada 2007

Jak tylko sięgam pamięcią w domu moich rodziców zawsze było jakieś zwierzę.Raz pies, raz kot, a czasem obydwa gatunki. One też zostawiały swój ślad w naszej, familijnej historii.

Z kotów najcieplejsze wspomnienia dotyczą Fredka. Pamiętam go jak przez mgłę. Kiedy byłem bardzo mały, bawiłem się z nim wydając poleceni:a „Fredek, czesać!”. Wtedy Fredek delikatnie „czesał” mnie łapką w wystawionymi pazurkami. Fredek był ponoć mądrym dachowcem. Niestety, padł prawdopodobnie ofiarą ludzkiego okrucieństwa. Mieszkaliśmy wtedy na parterze, w oficynie i Fredek przez otwarte okno wychodził na podwórko, a czasem gdzieś dalej. Gdzie? To już były jego sekretne, kocie scieżki. Pewnego dnia z takiej wycieczki wrócił z roztrzaskanym pyszczkiem. Wrócił mimo odniesionych ran, tak jakby chciał się pożegnać, a być może liczył na jakiś ratunek? Obrażenia były jednak zbyt wielkie. Nie wiadomo było, kto mu to zrobił, lecz raczej nie inne zwierzę.

Z psów pamiętam kundelka Żabę, który poważnie chorował i niestety, wkrótce trzeba było go uśpić. Tak jak Żaba zajęła miejsce Psotki, tak oczywistym było, że i miejsce po niej wypełni jakiś inny pies. Pewnego popołudnia mama pojechała dokądś i przywiozła ratlerka o imieniu Biżek. Nie przypuszczałem wtedy, że Biżek będzie towarzyszył nam aż tak długo. Miałem niecałe pięć lat kiedy pojawił się u nas, a dziewiętnaście, kiedy schorowanego zmuszeni byliśmy uśpić.

Nie wiem skąd wzięło sie jego dziwne imię. Został tak nazwany przez pierwszych właścicieli i tak juz zostało. Biżek miał wszelkie cechy typowego ratlerka. Był więc jazgotliwy do granic możliwości. Każde wyjście na spacer objawiało się jego głośnym ujadaniem. Pewnego razu ów jazgot wystraszył znajomego wilczura, który najwyraźniej zadumał się nad psim losem i przywrócony do rzeczywistości nagłym hałasem, zaskoczony uciekał aż się kurzyło. Ów epizod przewrócił Biżkowi nieco w głowie, bo zaczęło mu się wydawać iż dominuje nad owym wilczurem. Wielki pies litościwie go ignorował, ale każda cierpliwość ma w końcu swój kres. Na kolejną głosną zaczepkę Biżka zreagował jak na psa obronnego przystało. Warknął, coś się zakotłowało i po chwili widziałem pędzącego i nie tyle skamlacego co szczekającego z jakimś potężnym wyrzutem w głosie ratlerka gonionego przez owego wilczura. Wilczur chyba nie miał zamiaru zrobić mu krzywdy, ale pogonił dla zasady. Biżek tak sie przestraszył, ze podczas tego szaleńczego biegu puściły mu zwieracze i za przeproszeniem, zesrał sie ze strachu. Od tej pory trzymał się od wilczura na bezpieczny dystans.

Powszechnie znana wredność charakteru ratlerków objawiała się i w domu. Biżek, wiecznie trzesący się z zimna, zwykł sypiać w łóżku, gdzieś koło nóg owego łóżka lokatora. Nie było jednak krzty wdzięczności z jego strony za to, że uzyskał pozwolenie na taki nocleg. Wprost przeciwnie. Ulokowawszy się w łóżku wcześniej, głośnym warczeniem dawał wyraz swojej dezaprobacie, że ktoś śmie zakłócać mu sen. Nie raz ugryzł mnie w palec u nogi zdenerwowany, że go dotknąłem.

Pewnego wieczoru, dość późno kończyli u nas wizytę ciocia i wujek. Kiedy byli już ubrani, Biżek ustawił się przy drzwiach gotów iść jeszcze na spacer. Ponieważ jednak wieczorny spacer zdążył już tego dnia zaliczyć, został wygoniony przez moją mamę do pokoju. Towarzyszył temu jej głośny, nieprzychylny komentarz na temat zawracania głowy staniem przy drzwiach aby wyłudzić kolejne wyjście. To musiało bardzo naruszyć godność osobistą Biżka. Obrażony pozostał w pokoju.

Po wyjściu gości, mama pościeliła łóżko, a potem zebrała ze stołu naczynia i zajęła się zmywaniem w kuchni. Kiedy skończyła i wróciła do pokoju została zaskoczona widokiem porażającym. Biała poszewka poduszki jak i sama poduszka były mokre od cieczy o żółtawym zabarwieniu. Winowajca zaś siedział schowany głęboko pod szafą i z ukrycia obserwował rozwój wypadków. Mama oczywiście w pierwszej chwili się wściekła i gotowa była natychmiast kijem od szczotki wymierzyc mu sprawiedliwość, lecz po chwili wybuchnęła śmiechem zrozumiawszy motywy działania psa. Złośliwy ratlerek doskonale zdawał sobie sprawę z tego co robi. Ni nasikał gdzieś w kącie, nie obsikał ani ściany ani nogi od stołu lecz pofatygował się „oblać” poduszkę – element wyposażenia, którego czystość była przedmiotem szczególnej troski. Nie mogło to być bez związku z niezasłużoną, jego zdaniem, burą, jaką otrzymał parę minut wczesniej przy drzwiach. I wiedział, że zemsta będzie dotkliwa, skoro jej efekty wolał obserwować spod szafy.

Mama uznała racje Bizka i nie został ukarany pomimo takiej psoty. Zemsta się powiodła.

Szczecin, 23.11.2007; 15:05 LT

19:28, searover
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 listopada 2007

“Nikogo nie ma w domu” – to był swego czasu bardzo popularny czechosłowacki serial. Z pewnoscią moznaby go określić modnym i nadużywanym dzis mianem „kultowy”. Podobnie zresztą jak niezapomniana „Arabela”. „Nikto ne je doma” opowiadał o perypetiach dzieciaka, który zaostawał sam w domu, kiedy jego mama szła do pracy. Jak można się łatwo domyślić, chlopiec pomimo usilnych starań „bycia grzecznym” zawsze w końcu ładował się w mniej lub bardziej poważne tarapaty.

Ja osobiście nie miałem okazji zostawać w domu sam (mieszkała z nami babcia), więc zachowywałem się przyzwoicie. Natomiast trójka moich kuzynów (płci obojga), ho ho... J. Pomysłów mieli co niemiara.

Sam pewnego razu miałem okazję bawić się z nimi w t.zw. budę. Buda to było cos w rodzaju szałasu zbudowanego w pokoju. Stelaż z czego się dało, a na to koce, jakies narzuty i buda gotowa. A potem juz mozna było robić n.p. piknik. Buda byłaby całkiem niewinna gdyby nie wzmocnienie jej gwoździami. Nie pamiętam juz dokładnie, ale chyba karnisz od firanki (drewniane wtedy były) przybiliśmy do szafy.

Innym razem kuzynostwo podczas jakiejś zabawy stłukli jeden z kloszy żyrandola. Sprawa była poważna i spodziewali się porządnej bury po powrocie rodziców z pracy. W związku z tym postanowili ich przechytrzyć i... zamienic żyrandole w pokojach. Wyszli z założenia, że przeciez nikt nie będzie zadzierać głowy do góry, żeby zobaczyć co mu tam świeci. Cud, ze nikogo prąd nie kopnął, w każdym razie, kiedy rodzice wrócili do domu, obydwa żyrandole znajdowały się na podłodze i jeżeli ktos tam ściemniał to w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Motorem większości dziwacznych pomysłów był Zbyszek, zapalony eksperymentator. Zbyszek zasłynął wczesniej w rodzinie pamietną sentencją wygłoszoną podczas jakiejś kolacji. Przyglądał się jak starsi zajadają kiełbasę na gorąco, przy czym każdy miał oprócz kiełbasy na talerzu placek jakiejś brązowej substancji o półpłynnej konsystencji. Nie wiedział jeszcze wtedy, że to jest musztarda.

Przyglądał się, przyglądał, az w końcu nie wytrzymał, nabrał odrobinę na palec, oblizał go i stwierdził:

- To nie gówno!

Zbyszek pewnego razu stwierdził, że woda w akwarium z rybkami jest stanowczo za zimna. Powodowany współczuciem postanowił polepszyć nieco ich znaczony chłodem los i wsadził do wody grzałkę uzywaną do gotowania wody na herbatę. Akwarium miało pojemność nieco większą od dzbanka, więc sam proces podgrzewania był długotrwały. Długotrwały na tyle, że Zbyszek odszedł do innych zajęć. O grzałce przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy z akwarium zaczęła unosić się para. Niestety, rybki zdecydowanie wolały chłodniejszą wodę i żadna nie przeżyła.

Zbyszek jako najstarszy z rodzeństwa odpowiadał za palenie w piecu, bo była to stara kamienica z piecami kaflowymi.  Pewnego razu ogień nie bardzo chciał się rozpalić. Zniecierpliwiony kuzyn postanowił dopomóc sobie rozpuszczalnikiem. Polał go po przygotowanym drewnie i węglu, po czym przyglądając się zamierzonemu efektowi zapalił zapałkę i wrzucił do paleniska. Płomień buchnął z drzwiczek prosto w jego twarz. Zdążyli zamknąć drzwiczki więc w piecu się paliło i groźby pożaru nie było. Gorzej było z twarzą kuzyna, która przybrała wkrótce czerwony kolor. Rodzenstwo, solidarne z bratem postanowiło mu pomóc najlepiej jak potrafiło, a mianowicie zużyło cały zapas pudru ich mamy, żeby zamaskować oparzone miejsca i nie referować wpadki rodzicom. Oparzenia chyba nie były zbyt poważne skoro Zbyszek wytrwał do popołudnia, kiedy rodzice wrócili z pracy. Maskarada niestey się nie udała i ci natychmiast zorientowali się co sie stało. Kuzyn trafił na pogotowie i później przez czas jakiś stosował jakąś maść na oparzenia. Z tą maścią zresztą też był potem problem. Po kolejnej wizycie u lekarza i zakupieniu maści, kuzyni zostali przez rodziców, którzy jeszcze mieli jakieś sprawy do załatwienia, odesłani taksówką do domu. W taksówce oczywiście zajmowali się wszystkim tylko nie maścią i po wyjściu dopiero po dłuższej chwili zorientowali się, że tubka z lekarstwem odjechała pozostawiona na tylnym siedzeniu. Po naradzie w swoistym sztabie kryzysowym stwierdzili, że predzej czy później taksówka w końcu musi przyjechać na postój nieopodal ich domu (było to w czasach kiedy o telefonicznym zamawianiu taksówek można było tylko pomarzyć). Wystarczyło tylko poczekać. Czekali, czekali, czekali, aż w końcu z postoju zabrali ich rodzice, którzy po powrocie do domu nie znaleźli śladów bytności swoich pociech.

Gdyby ktoś wtedy zbierał materiały do polskiej wersji „Nikto ne je doma”, mógłby czerpać z ich życia garściami.

Gdynia, 15.11.2007; 12:15 LT

 

12:18, searover
Link Komentarze (4) »