czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
poniedziałek, 24 grudnia 2007

Nadchodzi Boże Narodzenie. Czas życzeń. Ponieważ formułą tego bloga jest przeszłość, więc zamiast życzeń będzie list. List odnaleziony na strychu po smierci mojej babci ze strony taty. Pisany był przez mojego wujka niemal dokładnie 65 lat temu. Wujek został przez Niemców zabrany na roboty i stamtąd go wysłał.

Poprawiłem niektóre błędy, lecz stylistyka została oryginalna.

List pisany dnia 28 XII 1942 r.

W pierwszych słowach mego listu, Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus, pozdrawiam Was kochane Rodzice, że jestem zdrów z łaski Pana Boga, czego wam kochane Rodzice życzę. List z kolędą otrzymałem 23 grudnia, za który wam kochane Rodzice dziękuję. A teraz posyłam wam kochane Rodzice swój list wielkim żalem, bo taką miałem wigilię. Mozecie se pomyśleć, że jak Mamusia nieraz gotowała zupę, jak pomyła saganek po zupie to lepsze było jak to co oni nam dali na wigilię.

Ale to się wszytko wytrzyma. Już krócej jak dalej. Jak Pan Bóg da zdrowie to się niedługo zobaczem.

Pisałem do domu o koszulę i o suchary, to napisać mi czy z domu Mamusia odesłała.

Wysłałem do domu 12 grudnia list. Jestem ciekawy czy doszedł, czy nie? I napisać mi czy w Polsce jest ciepło czy zimno, bo u nas to pogody. Słońce świeci i jest ciepło.

A teraz piszę kochane Rodzice, że pierwszy list otrzymałem, a drugiego jeszcze nie otrzymałem. A teraz piszę, Mamusia pisała czy nas tam dużo jest, jest nas 18 w jednej sali, a jest takich sal cztery.

Na święta to my mieli bardzo kiepsko, bo nam dali 1 kilo chleba i po piętnaście deka kiełbasy i pięć deka sera, takiego co byście nie chcieli wcale jeść. I to było na trzy dni świąt. Tylko nam dawali obiady, ale to wszystko mało, bo chleb się zjadło jednego dnia, a przez dwa dni tylko człowiek żył jednym obiadem, bo więcej nie było. A i to co dają to też mało.

Mamusia pisała, żeby się  uskarżać na gardło, ale to nie pomoże, bo od nas z baraku leży dziewczyna na łóżku, chora, to jej nie chcą zwolnić, a mnie Mamusia każe się uskarżać, że mnie gardło boli. To nie pomoże.

A teraz proszę kochane Rodzice przysłać mi jeszcze więcej kopert, bo te dwie koperty  to mało. Przysłać mi więcej. Jeszcze z pięć kopert.

A teraz proszę kochani Rodzice opisać mi wszystko co tam w Tchórzewie słychać, i czy wiecej nie biorą do Prus? Jak będzie miał Stasio kartę do Prus, to niech wcale nie wyrusza z miejsca. To ma tak głodować jak ja, to niech lepiej w domu zginie jak ma jechać do Prus.

Kończę to pisanie. Pozdrawiam was kochane Rodzice. Pozdrawiam Stasia, Władzia i Sabusię. Do miłego zobaczenia.

Proszę o prędki odpis.

Rózne bywają oblicza świąt. Warto pamiętać o tamtych, nieporadnie opisanych wyblakłym już atramentem na błękitnej kartce paieru.

Szczecin, 24.12.2007; 02:15 LT

    

02:25, searover
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 grudnia 2007

  

W tamtych czasach nie interesowałem się jeszcze polityką. Pamietam jedynie zdjecia łysych panów wiszące w klasach obok godła państwowego. To były portrety Cyrankiewicza i Gomułki. Niewiele dla mnie znaczyły, chociaż pamiętam z jeszcze wczesniejszych lat, ze na pytanie kim chciałbyś zostać odpowiadałem: gomułką. Wyobrażałem sobie bowiem, ze gomułka (pisane z małej litery) to zawód, albo raczej stanowisko. Ktoś, kto rzadzi państwem. Wysoko mierzyłem J

Któregoś dnia nagle zaczęło wyczuwać się w szkole napięcie. Jedna z uczennic po przerwie coś opowiadała przejęta nauczycielce, ale ta wysłuchała i prowadziła dalej lekcję.

Na nastepnej przerwie ta sam dziewczyna powiedziała mi

- Wiesz co było wczoraj w Gdańsku? Dzisiaj jest w Szczecinie.

Nie bardzo wiedziałem co wydarzyło się w Gdańsku poprzedniego dnia, bo jako ośmiolatek nie byłem miłośnikiem dziennika telewizyjnego. Ktoś inny jednak słyszał i po chwili dyskutowaliśmy zawzięcie o podwyżkach cen i, ze jak tak dalej pójdzie to ludzie nie zarobią na chleb. Tak w przyspieszonym tempie odbyła się moja edukacja obywatelska.

Następnej lekcji już nie było. To znaczy rozpoczęła się, ale tylko po to aby oznajmić nam, że mamy iść prosto do domów. Nie wiem czyja to była decyzja, ale dziś, po latach widać, że nie brakowało t.zw. życiowej mądrości.

Mieszkałem wtedy przy ulicy Parkowej, naprzeciwko Parku im. Żeromskiego. Blisko mojego domu biegła ulica Malczewskiego. Jedna z głównych ulic wiodących od stoczni do centrum miasta. Wracając ze szkoły musiałem przeciąć tę ulicę. Była cała wypełniona stoczniowcami w kufajkach. Szli zwartą, długą kolumną środkiem jezdni. Przystanąłem i przyglądałem się temu zjawisku. Do tej pory widywałem jedynie pochody pierwszomajowe – radosne i kolorowe. Ten był też jak pochód, ale szary, milczący, brzydki. Dziwny jakiś.

Reszte tego dnia spędziłem w domu. Rodzice nie wypuścili mnie nawet na podwórko. Wiedziałem, że dzieje się coś złego, ze strzela się do ludzi. Potem widziałem zdjęcia w gazetach. Z tego gorącego okresu pamiętam zapłakaną sąsiadkę, która miała męża milicjanta i nie wiedziała co teraz się z nim dzieje. Mama wyrażała głośno swoje współczucie dla niej.

Nastepnego dnia rodzice pozwolili mi wyjść na podwórko. Stalismy z chłopakami przed bramą i obserwowalismy przejeżdżające naszą ulicą kolumny czołgów. Jeszcze niedawno oglądaliśmy w telewizji „Czterech Pancernych”, a tu czołgi na naszej ulicy. Dalej niż za brame podwórka nie wolno było mi wychodzić. Docierały do nas, dzieciaków, strzępy informacji, że spalono komitet partii, że w miescie trwały bądź trwają walki, ze zabito wiele osób. Wprowadzono godzinę policyjną.

Gdzieś na chodnik nieopodal spadły ulotki. Nie pamietam już kto je rozrzucał ani co w nich było napisane. Wiem tylko, że szybko je wyzbierano. Stanie przed bramą nie było całkiem bezpieczne. Obok dzieciaków było tam bowiem i troche dorosłych z podwórka, złaknionych informacji z pierwszej ręki od powracajacych ze sródmiescia ludzi. Obowiązywał jednak zakaz gromadzenia się, więc większe grupki były rozpędzane przez milicję.

Ktoś mówił o przypadkowych ofiarach. O zabitych, którzy mieli nieszczęście przypadkiem znaleźć się na linii strzału, a nawet nie brali udziału w demonstracjach. Były też opowieści o „pałowaniu” przypadkowych osób, według uznania milicji.

Pojawiły się piosenki nucone przez ulicę. Ludzie przekazywali sobie teksty na kartkach. Niektóre przynosiła nam ta sąsiadka, zona milicjanta.

Potem Gomułka zaniemógł. Ponoć oślepł. Zaczęto się zastanawiac kto po nim.

- Moczar?

- Moczar to pies! – syknęła sąsiadka.

Gierek.

Powoli wracał spokój. Zbliżały się święta.

A w maju 1971 roku znów ten sam barwny pochód jak co roku. Pamiętam tylko, że wtedy stoczniowcy nieśli oprócz flag i transparentów również czarne baloniki.

Manzanillo; 15.12.2007; 22:00 LT

06:08, searover
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 grudnia 2007

Któż z nas nie bał się będąc dzieckiem? Ja galerię strachów miałem przebogatą. Dzis niewiele już z nich pamiętam, ale kilka zapadło w moja i mojej rodziny pamięć.

Najwcześniej, jeszcze z dziecięcego łóżeczka, zapamiętałem wilka. Wilk był na makatce z Czerwonym Kapturkiem, która w celach ozdobnych nad owym łóżeczkiem wisiała.

Podczas popołudniowej drzemki nagle zauważyłem wilka spacerującego po szafie sąsiadujacej z łóżeczkiem. Wilk gotował się już do skoku, aby najprawdopodobniej mnie pożreć, kiedy zaalarmowana moim krzykiem mama przybiegła i odpedziła niebezpieczeństwo. Zapłakanego wyniosła do drugiego pokoju, gdzie wujkowie, sąsiedzi i kuzyni siedzieli przed telewizorem ogladając jakichś facetów w śmiesznych skarpetach w paski, któryz uganiali sie za piłką. To było przy okazji moje pierwsze zapmiętane spotkanie z piłką nożną. Transmisja z meczu to była wtedy cała celebra – telewizory były jeszcze rzadkością, więc schodzili się wszyscy z okolicy.

Z wczesnych strachów pamiętak też diabła Ko, który mieszkał w studni u mojej babci ze strony taty. To dziwne imię, brzmiace z japońska pojawiło się we śnie. Diabeł Ko nie był podobny do tradycyjnego diabła. Przypominał bardziej gigantyczną mrówkę. We śnie widziałem go tylko przez chwilę jak przemknął koło studni, ale od tej pory miałem dylemat: czy oddawać się ulubionemu zajęciu, t.zn. topieniu w studni suszących się na pobliskim płocie garnków, czy też zachować ostrożność i omijac studnię szerokim łukiem z uwagi na niebezpieczeństwo spotkania się oko w oko z Ko. Dziś podejrzewam, że wizualizacja diabła Ko była wynikiem spisku dorosłych, którzy prawdopodobnie chcieli odwrócić jakoś moje permanentne i garkochłonne zainteresowanie studnią.

Jeden z moch ulubionych zakątków Szczecina, Wały Chrobrego, również dopisał swoją historię. Wszyscy wiedzieli, że można było prowadzać mnie na spacery w  tamto miejsce, ale pod watrunkiem, że bedzie się chodzić chodnikiem przy skarpie prowadzącej nad Odrę, a nie stroną ulicy przylegającą do gmachu dzisiejszego Urzędu Wojewódzkiego. W owym czasie panicznie bowiem bałem się głowy straszącej nad jedną z bram

Te zdjęcia wykonałem oczywiście dopiero teraz, podczas niedawnego spaceru.

Wtedy każda próba przejscia przez ulicę wiązała się z zapieraniem się nogami, wyrywaniem, szarpaniem, kopaniem kuzynowstwa. Byłym w tym tak stanowczy, że starsze kuzynowstwo w końcu dawało za wygraną i nie przechodziło na ową straszną stronę ulicy. Do nastepnego spaceru, kiedy próba była ponawiana. Zrobił się z tego potem cały rytuał, bo każdy nasz sapacer na Wały Chrobrego kończył się próbą podejscia do bramy, a ja przez cały czas układałem sobie plan, jak nie pozwolić. I zawsze kończyło się to próbą sił przed bramą.

Nie pamiętam już czy w końcu udało im się przeprowadzić mnie za którymś razem  w jej pobliżu, czy też postawiłem na swoim i nie postwiłem kroku poza bezpieczną w moim mniemaniu strefą.

Przy okazji ostatniego spaceru, kiedy robiłem zdjęcia owej bramy, odkryłem jeszcze inną głowę, nie mniej straszną. Znajduje się koło głównego wejścia i na dodatek zaledwie jakieś pół metra nad chodnikiem. Że też ja jej  wtedy nie zauważałem!

Z czasem, w miarę dorastania diabły przestały mnie nękać. Pamietam za to z wypiekami na twarzy ogladany serial „Wakacje z Duchami”, a zwłaszcza jego pierwszy odcinek, który oglądałem sam w domu, a pod koniec którego duch Brunchildy ukazał się w zamkowych korytarzach po raz pierwszy. Te zjawy jednak nie zgrzały wśród rozmaitych straszydeł wiodącego miejsca.

Byłem wtedy w wieku, w którym informacje z gazet przyjmowało się bezkrytycznie i pewnego razu przeczytałem notkę o widzianym gdzieś latającym spodku. Od tej pory w snach zaczęli nawiedzać mnie przybysze z kosmosu rozmaitej maści. Były to barwne, pełne rozmachu obrazy godne najlepszych hollywoodzkich adaptacji J Być może dlatego tak bardzo lubię oglądać „Znaki”, które świetnie oddają atmosferę owych snów.

I tylko czasem troche szkoda, że kiedy obecnie zmęczony kładę sie spać, rano zazwyczaj nic nie pamiętam, a wszelkie strachy i koszmary jęsli sie pojawiają, przyjmują bardziej przyziemne postaci.

Gdynia, 05.12.2007; 12:25 LT

  

13:06, searover
Link Dodaj komentarz »