czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
sobota, 10 kwietnia 2010

Stanisław był jedynym synem mich dziadków.  Pozostał dla mnie tjemniczą, nieznaną postacią, która pojawiała się jedynie we wspomnieniach mojej mamy i jej sióstr. Czas zapewne wygładza przykre wspomnienia. Na ogół dłużej pamiętamy te dobre chwile. Również we wspomnieniach o Staśku dominowało ciepło. Mogłem wniskować, że był dobrym bratem, który często pomagał siostrom, zwłaszcza młodszym.

Nie pamiętam, w którym roku się urodził, ale podczas wojny musiał mieć już kilkanaście lat, bliżej dwudziestu.

Jak wielu rówieśników został zabrany na roboty do Niemiec.

Opowieści rodzinne mówią o uciekinierach z takich transportów i, że Stasiek otrzymywał takie wiadomości od swoich rodziców (aczkolwiek trudno mi sobie wyobrazić pisanie o takich sprawach w listach, które przecież z dużym prawdopodobieństwem mogły być czytane przez Niemców). Ponoć był to jednak dyskretny nacisk na niego by poszedł w ślady odważniejszych kolegów.

I Stasiek uciekł.

Wróćił do Kleczkowa, lecz jasne było, że nie może tu mieszkać normalnie. Ucieczka to tylko niewielki fragment planu, jaki należy przygotować. Podstawowy problem brzmi: co potem? Stasiek prawdopodobnie takiego planu nie miał. Pojawiał się w domu na krótko. Zaopatrywany był wtedy w żywność i najpotrzebniejsze rzeczy, a potem zaraz znikał. Jego siostry były zbyt małe by być wtajemniczone w to, co robił i gdzie przebywał.

Wiadomość o jego ucieczce policyjnymi kanałami dotarła do Kleczkowa i prawdopodobnie w ramach represji za ów czyn cała rodzina została wysłana na roboty do Prus Wschodnich. Dostali kilkanaście godzin na spakowanie się i następnego dnia rano zostali przez wyznaczonego gospodarza odwiezieni do transportu na stację.

Nigdy więcej nie zobaczyli Staśka.

Jedyne co wiadomo na jego temat to, że pozbawiony wsparcia rodziny wkrótce wpadł w ręce policji. Został wysłany do obozu koncentracyjnego w Gross Rosen.

Nie jestem pewien, ale chyba rodzina przez jakis czas pisywała do niego i prawdopodobnie przychodziły też jakieś wiadomości od niego. Potem przestały.

Po wojnie szukano go przez PCK ale bezskutecznie. Pradopodobnie zginął w obozie koncentracyjnym, ale w spisach więźniów Gross Rosen również go nie odnaleziono. Być może dla zatarcia śladów posługiwał się innym nazwiskiem?

 

Jiangyin, 10.04.2010; 12:50 LT

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Po długim milczeniu, wynikającym nie tyle z braku temtaów co czasu na pisanie, powracam z planem napisania kilku odcinków na temat Kleczkowa.

Internet wciąż mnie zaskakuje pozytywnie. Dawno temu zamieściłem na blogu wpis p.t. „Spowiedź dziadka” i zdązyłem już o nim zapomnieć kiedy pewnego dnia niespodziewanie w swojej skrzynce pocztowej znalazłem e-mail z prośbą o pozwolenie wykorzystania tego tekstu. Tak nawiązałem kontakt z osobą, która mieszkała po sąsiedzku i bawiła się z moim kuzynem, a potem z inną, przygotowującą broszurę na zjazd absolwentów miejscowej szkoły.

Po wielu latach nagle wracam wirtualnie do korzeni, do rodzinnej wsi mojej nieżyjącej już mamy.

Obiecałem, że napiszę co wiem, ale zamiast wysyłać to ulotnym e-mailem, wolę zapisać to na trwałe. Będą to jednak naprawdę okruchy (zgodnie z tytułem bloga) – to co zapamietałem z rozmaitych opowieści.

 

*   *   *

 

Okres drugiej Wojny Światowej w Kleczkowie w opowieściach mojej mamy oraz jej sióstr wyraźnie dzielił się na przed i po ataku Niemiec na ZSRR.

W 1939 roku Kleczkowo znalazło się pod okupacją radziecką. Bolszewicy oczywiście natychmiast zaczęli nekać bogatszych mieszkańców wsi. Ubogim rodzinom, a do takich należała rodzina mojego dziadka większa krzywda na ogół się nie działa. Na co zwracano uwagę w opowieściach, to nauka w szkole. Ponoć już w październiku, po ustaniu działań wojennych, szkoła wznowiła swoją działalność, a nauka była obowiązkowa. Oczywiście zaczęła się w niej indoktrynacja, ale zachowano też nauczanie po polsku.

Represje zwłaszcza wobec inteligencji nasilały się jednak na tyle, że ponoć wkraczające wojska niemieckie po zaatakowaniu Związku Radzieckiego ludność Ostrołęki witała kwiatami. Była to jednak tylko chwilowa radość. Z deszczu pod rynnę – tak możnaby określić tę zamianę. Wkrótce doświadczono terroru hitlerowskiego. Tym razem, jak wynikało z tych opowieści, barziej cierpieli biedniejsi mieszkańcy. Bogatsi łatwiej dawali sobie radę w trudnej, wojennej, rzeczywistości, a poza tym przeciętni, niemieccy żolnierze mieli więcej respektu dla bardziej dystyngowanych obywateli. Szkoła nie działała, ponieważ Niemcy uważali, że rasie niewolników wykształcenie nie jest konieczne.

Trzecim okresem, były niespokojne czasy po wyzwoleniu. W lasach wciąż ukrywali się żołnierze AK, na których ludowa władza urządzała zasadzki. Partyzanci nocami pojawiali się we wsi. Udowodniona pomoc oczywiście podlegała surowej karze. Z drugiej strony żołnierze ci, aby przeżyć nie mogli ograniczac się wyłacznie do próśb i oczekiwania na to, co dadzą dobrzy ludzie. Nie od dziś wiadomo, że wojna nie jest dla gentlemanów. Społeczność wsi była podzielona. Odmienne sympatie polityczne oraz strach przed zemstą jednej albo drugiej strony...

Pewnego dnia nadjechałyogromne oddziały regularnego wojska. Rozwinęłi się w tyralierę i szerokim pasem przeczesywali w dosłownym tego słowa znaczeniu każdą połać ziemi, kązdy fragment lasu albo pola, każdą chałupę z zabudowaniami gospodarczymi. Nie wiem jakim rezultatem zakończyła się ta akcja, ani jaki miała kryptonim. W każdym razie partyzanci po niej już się nie pojawili. Można przyjąć, że dopiero wtedy takj naprawdę zakończyła się w Kleczkowie II Wojna Światowa.

Szkoła wznowiła działalność jesienią 1945 roku. Oprócz normalnych roczników, uczęszczali do niej ci, którym lata nauki odebrała wojna. Nie wszyscy jednak mogli. Bieda, konieczność pracy sprawiały, że niektóre osoby kończyły tylko wieczorowe kursy, aby w przyspieszonym tempie uzyskać podstawowe wykształcenie.

 

Jiangyin, 05.04.2010; 16:45 LT