czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
niedziela, 30 września 2007

W moim albumie ze zdjęciami z czasów szkolnych (pstrykalismy ich wtedy sporo) wiele fotografii dotyczy wykopków. Czy ktos jeszcze pamięta to słowo? Moje dzieci nie wiedzą o co chodzi.

Z nastaniem jesieni, przeważnie we wrześniu szkoły wysyłały uczniów do pomocy przy zbiorze ziemniaków, ponieważ PGR-y nie mogły sobie z tym poradzić. Wykopki były albo stacjonarne, jeżeli miały miejsce gdzies dalej od miejsca zamieszkania, albo dojazdowe, gdy pomagało się PGR-om gdzies na obrzeżach Szczecina. Oczywiście ta cecha była zasadniczą w ocenie ich przez uczniów. Trudno było polubić codzienne chodzenie do podmiejskich PGR-ów nawet jeśli wiązało się to z tygodniową przerwą w zajęciach lekcyjnych. Co innego stacjonarne. Wtedy jechało sie całą klasą jak na coś w rodzaju zielonej szkoły, z pracą zamiast lekcji i z mieszkaniem w z założenia dość prymitywnych warunkach. Nieważne były robocze dniówki. Istotne było życie towarzyskie, które zaczynało sie po powrocie z pola i kwitło do późnej nocy.

Nasza klasa zaliczała się raczej do tych porządniejszych, ale też dostawała z tej okazji małpiego rozumu. Umowa była taka, ze każdy skombinuje butelkę wina, żeby przez tydzień pobytu klasowe grono nie mogło narzekać na brak polepszaczy i tak dobrego przecież humoru. Na miejsce zbiórki stawilismy się z plecakami, torbami i przekazywalismy sobie szeptem dyskretne informacje.

- Masz?

- Mam.

- Jakie?

- Byczą Krew.

- Ja porzeczkowe własnej roboty.

I wszystko byłoby dobrzegdyby nie pewne rozluźnienie atmosfery wśród kolegów palaczy na tylnych siedzeniach. Ja osobiście do nich nie należałem i skończyłem z nałogiem krotko po spróbowaniu i wypaleniu ukradkiem jakichś dwóch paczek „sportów” z kolegami na tyłach Cmentarza Centralnego (wtedy to była prawdziwa terra icognita – pochówki kończyły się niedaleko pomnika, a dalej mało kto sie zapuszczał). Było to w piątej klasie szkoły podstawowej. Potem nigdy mnie do „fajek” nie ciągnęło, ale w licealnych toaletach, zawsze mozna było przysłowiową siekierę powiesić, tyle dymu było w niej na przerwach. Koledzy bowiem potrzebowali w przerwach cos „zajarać”. Potrzebowali też i w autobusie.

Dym zauważył w lusterku kierowca. Zatrzymał autobus na parkingu, poskarżył wychowawczyni i zrobiła się straszna awantura. Nasza wychowawczyni mimo, że jak możemy po latach stwierdzić, krzywdy by nam nigdy nie zrobiła, to jednak trzymała nas krótko i porządek byc musiał. Wszyscy wysiedli. Palacze mieli sie przyznać i oddać zapasy. Ponieważ jednak na gorącym uczynku nikt złapany nie został (kierowca widział tylko dym), chętnych do wystąpienia brakowało. Sytuacja zrobiła się trochę niezręczna, bo najwyraźniej nastąpił pat, a przecież sprawę trzeba było jakoś rozwiązać. I wtedy nasza wychowawczyni postanowiła problem rozwiązać radykalnie. Ponieważ nikt nie chciał się przyznać, bagaże zostaną wyciągnięte z auta i komisyjnie sprawdzone. Znalezione papierosy zostaną skonfiskowane, a palacze dostaną za swoje.

Trudno było o bardziej hiobową wiadomość. Oczyma wyobraźni juz widzieliśmy te wyciagane z plecaków butelki wina i zawracający do szkoły autobus, a potem... Co potem, tego rozdygotana wyobraźnia nawet nie była w stanie sobie przedstawić. Biada!

Wszyscy oglądali się na wszystkich i z przerażonych spojrzeń mozna było wyczytać:

- No róbcie coś!

Cos mogli zrobić tylko palacze. No i trzeba powiedzieć, że poświęcili sie dla dobra ogółu. Ktoś poszedł do autobusu i wyciagnął woreczek foliowy z kilkoma paczkami papierosów. Ktoś inny także. Wyrazili też skruchę, przeprosili za swoje zachowanie i to zostało przyjęte. To z kolei zrobiło takie wrażenie na chłopakach, że postanowili pójść za ciosem i skruszeni oddali nawet jedną butelkę wina ze słowami, że „już nigdy wiecej”. Klasa pokiwała głowami z aprobatą. Na wychowawczyni mimo, że patrzyła groźnie, też chyba ten akt pokory zrobił wrażenie, bo od przeszukania bagażów odstąpiła i wkrótce ruszylismy w dalszą podróż.

Na miejscu trzeba było jakoś owe wina ukryć bo bagaże, jak widać, były bardzo niepewnym schronieniem. Do tego celu swietnie nadał sie kaflowy piec. PGR-y tym się wyróżniały, że wszystko na ogół było tam zrujnowane. Kaflowy piec w czworakach, gdzie nas zakwaterowano, też. Nie było więc ryzyka, że ktos zechce w nim napalić, a pojemny był wystrczająco. Metalowe drzwiczki były przez cały czas zakręcone, a wieczorem po otwarciu, ktoś pociągał za szyjkę kolejną butelkę. Butelka trafiała do zebranego w izbie towarzystwa, a z czeluści pieca po każdej takiej operacji wydobywał się intrygujący brzdęk osuwających się w dół wyższych partii. Butelki były bowiem składowane w pozycji poziomej jedna na drugiej od dołu paleniska ku kominowi. Gdzieś pod koniec wykopków brzdęk się nie rozległ, co oznaczało, że zapasy zostały wyczerpane.

Wieczory towarzyskie w czworakach miały swój niezaprzeczalny urok. Oczywiście nic takiego nie mogło wchodzic w grę podczas wspomnianych na wstępie zwykłych prac społecznych, na które codziennie dojeżdżało sie z domu. Być może nauczyciele wiedzieli, albo podejrzewali swoje bo przecież tyle roczników wychowali. Na stacjonarne wykopki zabierali bowiem tylko najstarsze klasy. Młodsi pracowali na miejscu.

Podczas jednej z takich akcji, jako ucze bodajże drugiej klasy liceum, trafiłem zamiast na wykopki, do sprzątania strychu budynku naszego liceum. Część strychu była zajęta przez strzelnicę, gdzie prowadzono zajęcia z przysposobienia obronnego. My mieliśmy zająć się druga częścią. Nasz profesor od P.O. wszedł jednak z nami w układ – sprzątamy szybko, a potem w nagrodę strzelanie. Przez całą szkołę nie postrzelałem sobie tyle, co w tamte trzy dni. Nie to jednak okazało sie najciekawsze. Na opuszczonym strychu znajdowały się całe sterty rozmaitych papierzysk, które należało uprzątnąć. Makulatura. Podniosłem jedną z gazet, a tam wielki tytuł obwieszcza, że Związek Radziecki wystrzelił w kosmos „Sputnika 1”, pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Dalej zaś tekst informował, że właśnie rozpoczęła się era podboju kosmosu i juz wkrótce radzieckie statki załogowe będą wozić ludzi na odległe planety. Gazeta z 1957 roku! Przeleżała na strychu 20 lat. Nie moge sobie dziś darować, że nie wziąłem jej na pamiątkę.

Na pamiatkę wziąłęm cos innego.

Kiedy dotarlismy do głębszych pokładów papierowej sterty, oczom naszym ukazały się... hitlerowskie koperty! Przeleżały od czasów wojny do 1977 roku by razem ze wszystkimi papierzyskami trafić na smietnik. Część z nich zabrałem do domu. Po jakichś 32 latach na strychu, kolejne 30 lat przeleżały w jednej z moich szuflad.

Niech więc teraz poleżą w szufladzie elektonicznej

Szczecin, 30.09.2007; 02:35 LT

02:44, searover
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 września 2007

 

Rodzina mojej mamy większą część wojny spędziła w Prusach Wschodnich. Pewnego dnia dostali polecenie aby spakować najpotrzebniejsze rzeczy i opuścili rodzinne Kleczkowo. O gospodarzach, u których pracowali napiszę kiedy indziej. Teraz wspomnę o zbliżającym sie wyzwoleniu.

W narastającym chaosie tamtych dni z opuszczonego już przez właścicieli gospodarstwa zostali zabrani przez przejeżdżający tamtędy oddział niemieckiego wojska do obozu w Królewcu. Mama opowiadała mi o portowych nabrzeżach, dźwigach, zatopionych magazynach. To był pierwszy raz w życiu kiedy widziała morski port, statki i cała tę infrastrukturę. Cóż, bywały i takie wycieczki nad morze.

Ich obóz nazywał się Schleimacherstrasse. A może tylko mieścił się przy tej ulicy? W latach dziewięćdziesiątych, już jako kapitan jednego ze statków trafiłem do Kaliningradu. Patrzyłem na przedwojenne mosty oraz ceglane magazyny do złudzenia przypominające gdańskie spichlerze i zastanawiałem się, czy to nie jest właśnie przypadkiem to miejsce znane już mojej rodzinie? Robiłem zdjęcia, ale ani moja mama ani ciocie nie pamiętały już dokładnie tamtego krajobrazu.

W Kalinigradzie zaopatrzyłem się w plan miasta z przedwojennymi nazwami ulic. Taksówką udałem sie na miejsce, gdzie mógł przed laty znajdowac się obóz. Był płot, jakieś zabudowania za nim. Kawałek dalej nawet jakieś więzienie. Lecz czy to to? Ze zdjęć znów nikt nie rozpoznał.

Zbyt krótko stałem w Kaliningradzie, aby zdołać wybrac się jeszcze do miejskiego muzeum, gdzie byc może dowiedziałbym się czegoś więcej. Może innym razem...

W Królewcu starsi pracowali gdzieś w mieście. Prawdopodobnie przy budowie umocnień przed zbliżającym się frontem. Moja mama, która miała wtedy niecałe dziesięć lat i jej dwie, nieco starsze siostry (trzecia, najstarsza pracowała już z dorosłymi) zostawały w czymś w rodzaju dziecięcej ochronki, albo Kinder Garten. One nazywały to jasłem.

W jaśle opiekowały się nimi Ukrainki. Nie był to czas dobrych wspomnień. Placki smażone przez owe kobiety wyłącznie dla swoich własnych dzieci i odmowa kubka wody dla pozostałych. Dostawały coś do picia rano, a potem nie było szans aż do następnego posiłku. Z tamtego okresu utkwiła im w pamięci jedna z Ukrainek, która była wyjątkowo nieprzychylnie nastawiona do tej masy zamkniętych za drutami dzieciaków. Wykorzystywała natomiast wszystkie swoje układy by zapewnić co najlepsze dla swojego własnego dziecka. Od jedzenia po miejsce do spania. Nawet w dzień, kiedy wszystkie dzieciaki zganiano do jednego z baraków, ona swoje prowadzała do innego, służbowego, i tam układała do popołudniowego snu.

Bombardowania wraz z nadciagającym frontem nasilały się. Pewnego dnia zmasowany nalot na port zahaczył też o obóz. Ponoć było to prawdziwe piekło. Bomby rozrywały sie wszędzie, a nie było dokąd uciekać. Przerażone dzieciaki leżały pokotem  w baraku i mogły jedynie czekać na to, co ześle im los.

Wiadomość o zbombardowaniu obozu rozeszła się błyskawicznie. Nie wiem jak to się  ma do dyscypliny pracy (być może Niemcy juz nie byli wtedy tak rygorystyczni), ale ponoć zrozpaczone kobiety biegły z miasta ku miejscu, z którego wśród lejów po bombach sterczały szczątki baraków. Jeśli cuda istnieją, to wtedy zdarzył się jeden z nich. Jako jeden z nielicznych przetrwał barak, w którym stłoczone były dzieci.

Ukrainka, która tak dogadzała swojemu dziecku, a nalot zastał ją wśród całej reszty, wybiegła na dwór jak oszalała, by po chwili wyć z rozpaczy nad ogromnym lejem, który ział w miejscu, gdzie jeszcze przed paroma minutami spało jej maleństwo.

Cienką nitką jest nasz los. Po kruchym lodzie stąpamy przez całe życie.I nie ma tu znaczenia, czy wojenna nawałnica w Königsbergu, czy słoneczny weekend dziesiątki lat później gdzieś na Mazurach. Cieszmy się chwilą.

Jeżeli mówimy nieraz o czymś „co komu pisane”, przypomina mi się historia ocalonej cudem gromady dzieciaków i zgasłego nagle tego małego istnienia.

Point Lisas; 21.09.2007

09:12, searover
Link Komentarze (2) »

 

Powinienem był go zacząć pisać najpóźniej trzy lata temu, kiedy jeszcze żyła moja mama. Mama lubiła opowiadać o swoim życiu, więc byłaby prawdziwą kopalnia tematów. Teraz pozostaje mi wygrzebywać z niemałym trudem to co gdzieś utkwiło w zakamarkach mojej pamięci. Prawdziwe okruchy, strzępy większych opowieści, często zupełnie błahe. Może uda się zachowac przynajmniej to. Dodam jeszcze wspomnień z lat dziecinnych, tylko co to są lata dziecinne? Gdzie kończy się tamta beztroska? Niech będzie urzędowo, do lat osiemnastu. W takim razie granicą, poza którą ten blog nie powinien wykroczyć niech będzie 31 grudnia 1980 r. Przynajmniej narazie, dopóki  nie zmienię zdania. Byc może zmiana zdania nie będzie konieczna ponieważ znam siebie dobrze i wiem, ze niejeden pomysł trawał tylko chwilę. Słomiany zapał to jedna z moich cech. Zobaczę czy uda mi się go pokonać tym razem.

Naprzód więc, pod prąd zegara!

Aha – nie będzie, bo nie ma byc chronologicznie. To co mi się przypomni jak leci. Tak jak zbiera się okruchy ze stołu.

Miami, 23.09.2007 19:37 LT

09:10, searover
Link Komentarze (4) »