czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
środa, 31 października 2007

 

Wyścig Pokoju. To było wydarzenie! Każdego roku w maju elektryzowało tłumy nie mniejsze niż podczas skoków Małysza w czasach jego największej świetności. Codzienne transmisje z zakończenia etapów, ale najpierw masowo odsłuchiwane meldunki trasy w radiu co pół godziny. Pamiętam dźwigających niemałe radiodbiorniki, aby nawet podczas spaceru po parku nie opuścić transmisji.

Co roku mniej więcej w tym samym czasie rozpoczynało sie szaleństwo wyścigów podwórkowych. Najpierw to były guziki. Na narysowanych kredą, albo częściej kawałkiem cegłówki trasach ścigały się całe peletony przedziwnych, kolorowych pionków. W takich przypadkach bardzo wiele zależało nie tylko od pstrykania, lecz także od kształtu i masy takiego guzika. Przekopywałem pudełko mojej mamy w poszukiwaniu wlasciwych zawodników. Najładniejszy, wielki jak stara pięciozłotówka, perłowobłękitny, z czterema dziurkami wcale nie okazał się dobry. Był płaski, kanciasty i po pierwsze jego płaskość bardzo utrudniała pstrykanie, a jeśli już udało się pstryknąć porządnie, to i tak zatrzymywał się na pierwszej lepszej nierówności, co na podwórkowych trasach, nie znających asfaltu, było standardem.

Aż nadszedł dzień, kiedy zapanowała prawdziwa równość. Od tej pory niemal wszystko zależało od kunsztu pstrykającego. Za sprawą kapsli. Każdy z nas biegał po nie w okolice murków i ławek, gdzie pod chmurką zwykli przysiadywać amatorzy chmielowego napoju. Kapsle były jednakowe i każdemu dawały jednakowe szanse. Można było rozgrywać nimi standardowe etapy na płaskim terenie jak i prawdziwe maratony dookoła niemal całego podwórka z prawdziwymi lub sztucznymi przeszkodami, które potrafiły powstrzymać i przyblokować niejednego samotnego uciekiniera. Na rozstrzygnięcie takiego etapu giganta potrzeba było czasem niemal tyle czasu, co na prawdziwym wyścigu.

Przygotowanie własnego zawodnika albo całej drużyny to był często rytuał. Po pierwsze, koszulki. Robiło sie je z kolorowego papieru. Było to kółko o średnicy minimalnie większej od wnętrza kapsla. Leniwi mieli koszulki jednokolorowe. Ci, którym się chciało, potrafili z naklejać paski albo inne wzory. Często inspiracją koszulek były narodowe flagi, bo każdy kapslowy zawodnik był odpowiednikiem żywego kolarza. Miał na koszulce napisane jego nazwisko i numer startowy. Dlatego sprawą wyjatkowej wagi było wejście w posiadanie egzemplarza Trybuny Ludu z dnia poprzedzającego start Wyścigu Pokoju. Tam publikowana była pełna lista startowa z nazwiskami i numerami przypisanymi poszczególnym zawodnikom. Na jej podstawie tworzyliśmy własne drużyny. Wytrwalsi potrafili odginać, profilować swoje kapsle, aby lepiej się poruszały. Czasem koszulkę zalewano woskiem. Była nadal czytelna, ale kapsel zyskiwał na wadze i posuwał się bardziej zdecydowanie, niczym taran rozbijając zgrupowania innych pionków na trasie.

Pewnego roku, chodziłem wtedy albo do przygotowawczej (dziś mówi się „zerówki”) albo do pierwszej klasy, stałem sie posiadaczem całego peletonu. Starsi kuzynowstwo, znając moje zacięcie do tej gry, zebrali kapsle, wykonali koszulki i wręczyli mi taki swoisty prezent.

Od tej pory wyscigi rozgrywałem również sam, w domu. Trasą był szlak dookoła dywanu. Jednak trasa chociaż długa, była stosunkowo nudna. Cóż, raptem cztery proste, odpowiadające każdemu bokowi dywanu. Dlatego pewnego razu wybrałem się do parku po drugiej stronie ulicy. Był to zupełnie nieprzemyślany ruch. Podwórko, z prowadzącą do niego bramą to był azyl bezpieczeństwa. Każdy obcy od razu stawał się intruzem, a jego ruchy śledziły oczy mieszkańców oficyn. Za bramą, niczym za wrotami sredniowiecznego miasta było się wystawionym na wszystkie niebezpieczeństwa świata tego.

- Ta garstka moja!

- A ta moja!

Dwóch starszych oprychów brutalnie przerwało rozgrywany właśnie etap. Zgarnęli do kieszeni, ile zdołali zebrać i smiejąc się odeszli. Na trasie pozostały resztki zdziesiątkowanego peletonu.

Natychmiast pobiegłem przez ulicę na podwórko po posiłki. Posiłki nadeszły, ale złodzieje kapsli zdążyli sie ulotnić.

Kilka lat później, w starszych klasach podstawówki odkryłem jeszcze ciekawszą grę w kapsle. Była to piłka nożna. Efekt sukcesów naszej reprezentacji na mistrzostwach świata w 1974 roku. Tam naprzeciwko siebie stawało dwóch graczy: każdy miał po jedenastu zawodników. Na końcach boiska (najczęściej był to dywan w pokoju) stawały wykonane domowym sposobem bramki. Kapslami każdy zawodnik pstrykał na zmianę i miał za zadanie wbić bramkę rywalowi. Piłką mógł byc jakiś koralik wykradziony mamie, ale najczęsciej stawał się nią jeden z cukierków typu „groszek”. Paczka groszków starczała na bardzo długo, przy czym zazwyczaj 90% było konsumowane.

Już nie kupowaliśmy „Trybuny Ludu”. Na topie był tygodnik „Piłka Nożna”, który prowadził coś w rodzaju kroniki meczów, podając pełne składy drużyn. Moimi pierwszymi druzynami były Portoguesa Sao Paulo i Sporting Lizbona.

Mecz trwał dwa razy po dziesięć minut. Z chłopakami z klasy prowadziliśmy rozgrywki na kształt europejskich pucharów. Z czasem z klubów przeniesliśmy się na narodowe reprezentacje i rozgrywaliśmy turnieje o mistrzostwo świata. Wtedy jednym z potentatów była moja Austria. Z Prohaską na czele gromiła rywali aplikując im po kilka bramek, a nie tracąc żadnej.

Kiedy po wielu latach urodziły się moje dzieci, pomyślałem, że wrócą czasy kapsli. Już widziałem się oczyma wyobraźni rozgrywającego z synem kapslowe mecze.

Nie rozegrałem ani jednego. Były już inne gry. Czas kapsli przeminął wraz z moim pokoleniem.

Szczecin, 31.10.2007; 21:00 LT

21:06, searover
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 października 2007

Dziadek ze strony mamy miał bardzo porywczy charakter. Łatwo wpadał w furię i wtedy gotów był stawać do walki z każdym i bez względu na okoliczności w obronie swoich racji. Nie było świętości. Swój czy obcy, żołnierz czy ksiądz, z realną szansą na wygranie sporu czy też porywając sie z motyką na Słońce. Jak na choleryka przystało wybuchy złości mijały mu równie szybko jak sie pojawiały. Może dlatego pomimo, że rodzina często miała cięzkie życie z furiatem przypominającym trochę Luis de Funesa (wtedy jeszcze nikomu nie znanego), uchodził on we wsi za przykładnego ojca i męża, dbającego o swoją rodzinę.

Trafił jednak w końcu swój na swego. Ksiądz, który nastał w parafii był równie porywczego charakteru i wkrótce okazało się, że wieś to zbyt mały obszar dla dwóch zadziornych samców. Dziadek wówczas był woźnym w szkole, a że jej budynek stał po drugiej stronie drogi naprzeciwko kościoła, częste spotkania były nieuniknione. Tym bardziej, że był to jeszcze ten okres po wojnie, kiedy lekcje religii odbywały się w szkole.

Po obu stronach drogi iskrzyło więc, i kto wkraczał na czyj teren, musiał liczyć się ze słownym atakiem. Powód zawsze się znalazł. Mama opowiadała jak nieraz nagle w środku lekcji słychać było wielkie krzyki w korytarzu, po czym nagle z impetem otwierały się drzwi klasy i wpadał zdyszany ksiądz. Nie zważając na nauczyciela, krzyczał do niej:

- Glincyna! Ty powiedz swojemu ojcu, żeby się lepiej w kościele ani na plebanii nie pokazywał....

Tu nastepowało wyliczanie dlaczego ma się nie pokazywać, czyli co takiego dziadek powiedział. A że gębę dziadek miał niewyparzoną, klasa miała ubaw z relacji księdza. Nauczyciel z trudem utrzymywał powagę, a mam biedna stała ze spuszczoną głową, ze wstydu, który dziś pewnie nazywałby się obciachem przed klasą.

Jakoś nigdy nie dowiedziałem się jak wyglądała wizyta po kolędzie, bo przecież takowe były, a cała rodzina z dziadkiem włącznie była pobożna. Wyglądało na to, że na takie ważne okresy po chrześcijańsku zakopywano topór wojenny. Tolerancja zwyciężała w chwilach wyższej konieczności. I tak jak pojawiał się ksiądz w domu, tak i dziadek bywał tolerowany podczas rozmaitych uroczystości koscielnych, tym bardziej, ze jak na wiejskie warunki był człowiekiem oczytanym. Do tej pory, ponad trzydzieści lat po jego śmierci, pamietają ludzie jak chodził zawsze z jakąś książką pod pachą, bo czytać wprost uwielbiał.

Przyszedł Wielki Piątek i dziadek, tak jak większość wiejskiej społeczności pomaszerował do spowiedzi. W kościele cisza i nastrój skupienia. Ci przed spowiedzią robią rachunek sumienia, inni modlą się po uzyskaniu rozgrzeszenia. Ksiądz w konfesjonale wysłuchuje szeptem wyznaanych grzechów. Robi też rachunek sumienia mój dziadek. Nazbierało sie trochę.

Podszedł, przeżegnał się, zaczyna wyznawać złe uczynki. Szepcze, szepcze, ksiądz zaczyna się wiercić, dziadek szepcze dalej, księdzu w końcu twarz tężeje, dziadek szepcze... Aż nagle pełną skupienia modlitewna ciszę przerywa ryk księdza:

- I ty jesteś katolik?!!! Ty jesteś świnia nie katolik! - zagrzmiało w całym kościele, odbijając sie po wielokroć echem w jego zakamarkach.

I nie udzielił dziadkowi rozgrzeszenia.

Była to przez długi okres wiadomość numer jeden we wsi. No cóż, dziadek wczesniej przed nikim nie ukrywał jakie ma zdanie o księdzu i gdzie (abstrahując od całej powagi jego urzędu) za przeproszeniem go ma. W chwilach wzburzenia nie raz zdarzało mu sie chlapnąć jęzorem to czy owo. W Wielki Piątek należało wszystko wyznać, by w czystości radować się Wielkanocą. Przecież nie mógł świadomie nic zataić, bo byłoby to świętokradztwo.

Gdynia, 23.10.2007; 01:30 LT

 

01:44, searover
Link Komentarze (1) »
środa, 17 października 2007

W ciągu ostatnich kilku tygodni dwukrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z bliskimi mi osobami na temat „Dzieci z Bullerbyn”. Najpierw Mój Anioł powiedział mi, że to książka jej dzieciństwa. Tak samo jak i mojego. Anioł biegał niedawno od kiosku do kiosku do kiosku by kupić Gazetę Wyborczą z płytą mp3, która rozeszła się w mgnieniu oka. A kilka dni temu mój przyjaciel Hrabia, wyznał nam to samo. Było coś niesamowitego w tym, że pewnego wieczoru trójka dorosłych, poważnych ludzi prowadziła dyskusję na temat przygód Lisy, Lasse, Bosse i innych...

Przez pierwsze dwa lata mojej edukacji chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 31. Niewielki budynek z czerwonej cegły stojący na skraju cmentarza przy kościele p.w. Sw. Stanisława Kostki. Czy ktoś jeszcze pamięta, że tam był cmentarz? U nas to okreslenie funkcjonowało bardzo długo. Pamiętam porozrzucane po całym terenie płyty z dziwacznymi i niezrozumiałymi dla nas inskrypcjami gotykiem. Właściwie to do tej pory mówimy, że n.p. idziemy przez cmentarz, mimo, że śladu żadnego już nie ma. No, może prawie nie ma. Czasem pojawiają się, jak ostatnio, przy budowie nowego budynku. Przeczytałem w gazecie, że kopiąc dół pod fundamenty, natrafiono na resztki poniemieckich nagrobków, lecz ludzkich szczątków nie odnaleziono. Jakoś nie chce mi się wierzyc w szczerość tych zapewnień.

Ależ mi opowieść zeszła z niewinnego wątku dziecięcej książki na mroczne rozkopywanie grobów. Z pisaniem jednak jest tak jak z zeglowaniem po nieznanych wodach. Niby wie się, w którym kierunku trzeba płynąć, lecz nie wiadomo dokąd niespodziewanie zdryfujemy.

Przez ów cmentarz stopniowo zamieniany w park prowadziła moja codzienna droga do i ze szkoły. Po lekcjach często zachodziłem do biblioteki, a ponieważ juz w pierwszej klasie czyatnie szło mi nieźle, książki wypożyczałem często, na co zwrócila uwagę bibliotekarka. Bywało, że zaczynałem czytać zaraz po wyjściu z budynku. „O Wojtku co chciał zostać strażakiem” (albo coś w tym rodzaju – nie pamietam dokładnie tytułu) skończyłem czytać zanim doszedłem do końca cmentarza. Pamiętam swoje rozczarowanie. Nie wiedziałem czy wracać do biblioteki po następną książkę, czy iść dalej do domu. Dom był niemal po drugiej stronie ulicy, więc zdecydowałem już nie zawracać.

Krótko po „Wojtku” zaś trafiła mi się prawdziwa „cegła”, lektura dla klasy II, „Dzieci z Bullerbyn”. Nie miałem zielonego pojęcia o czym to jest. Ot, lektura, którą trzeba przeczytać. Nawet nie zacząłem wertować jej na cmentarzu. Dopiero w domu, po obiedzie.

Nie pamietam już, co działo się potem. Wiem tylko, że gdy zacząłem ją czytać w t.zw. dużym pokoju tamtego popołudnia (mieliśmy dwa pokoje w naszej oficynie na parterze – jeden „duży”, przejsciowy oraz „sypialnię” albo „sypialkę”, jak zwykła mawiać moja babcia) prawdziwie odleciałem. Zapomniałem o podwórku, kolegach, o całym bożym świecie. Czytałem jak się sciemniało, przerwałem na kolację, a potem kontynuowałem w łóżku. W tej chwili bardzo niewiele zostało mi w głowie z treści książki i wciąż pozostaje dla mnie fenomenem, ze tak wielkie zrobiła na mnie wrażenie. Przecież na pozór nie było w niej nic nadzwyczajnego. Trudno wyobrazić sobie bardziej nudny punkt wyjścia. Jakaś zapadła osada na końcu świata zamieszkała przez kilka rodzin. Nic się tam nie dzieje. Ani telewizji, ani samochodów, ani żadnych nowoczesnych rozrywek. O czym tu pisać? Chyba tylko Astrid Lingren wiedziała o czym, a przede wszystkim jak. Nie poszedłem spać zbyt późno tamtego wieczoru, ale zanim zgasiłem światło, dobrnąłem do ostatniej strony. Co ja piszę?  Dobrnąłem? Dobiegłem! Pochłaniałem żywcem tę książkę i pewnie bym nie zasnął nie dowiedziawszy się do końca jakie przygody przeżywała szóstka malych bohaterów.

Nazajutrz odniosłem przeczytaną książkę do biblioteki. I wtedy rozegrała się straszna scena. Pani bibliotekarka, zaczęła głośno wymyślać nieobecnym moim rodzicom, że to potwory, które zamiast pozwolić dziecku się bawić przymuszają je do czytania i takie grube książki każą czytac w jeden dzień. Stałem z opuszczoną głową, nie bardzo wiedząc jak się zachować, kolejka uczniów w ciszy przyglądała sie zdarzeniu, a pani wykrzykiwała swoje pretensje. Nie pamiętam jaka książkę po niej wypożyczyłem, lecz nie oddałem jej nazajutrz. Bałem się, że znów będzie awantura.

„Dzieci z Bullerbyn” to przede wszystkim historia o takich samych, zwykłych dzieciakach, jakimi my byliśmy. Jeżeli ich życie mogło byc tak barwne to nasze też. I było. I pewnie czuliśmy to instynktownie, choc nikt nie potrafiłby swoich przygód opisać tak pięknie i ciepło jak zrobiła to szwedzka autorka. Do szczęśliwego, barwnego, pełnego rozmaitych wrażeń życia wcale nie trzeba było wyjeżdżac na koniec świata, nie trzeba było pieniędzy ani kosztownych gadżetów. Wystraczyła pomysłowość, ochota do życia oraz ciepło i pogoda ducha otaczających nas osób. Zrozumiałem to dokładniej pietnaście lat później, kiedy w górach na Niemcowej z przyjaciółmi świadomie odcinalismy się od świata. Nie było radia, magnetofonów, telefonów, nawet światła. Spędzaliśmy wakacje w spartańskich warunkach, a jednak nigdzie nie przeżyliśmy tylu niesamowitych chwil co właśnie tam. Nigdzie nie puszczalismy wodzy wyobraźni tak daleko i nie bawiliśmy sie tak beztrosko jak w tej samotnej chatce w Beskidach. A kiedy los porozrzucał nas w przeróżne strony chwilami wracał wskrzeszony nastrój to tu, to tam. Wtedy mówilismy: „Niemcowa to nie miejsce na mapie lecz ludzie”. Myślę, że tak samo jest z Bullerbyn. Ta osada z jej małymi mieszkańcami nie istnieje w książce lecz w naszych sercach. Ci, którzy ciągle ją odwiedzają, mają piękniejsze życie. Wcale nie łatwiejsze, nie lżejsze, ale z pewnością ciekawsze, bardziej kolorowe. I niesamowite, że odnajdują jedni na drugich na końcu świata jakby nosili jakieś znamię. Wtedy po raz kolejny ktoś podnosi ze zdziwieniem wzrok, przygląda się swojemu rozmówcy jakby po raz pierwszy go zobaczył i pyta;

- To to także Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

Portsmouth, 16.10.2007; 21:40 LT

 

03:58, searover
Link Komentarze (2) »