czyli to co w kubełek pamięci zmieciono ze stołu życia
RSS
poniedziałek, 24 grudnia 2007

Nadchodzi Boże Narodzenie. Czas życzeń. Ponieważ formułą tego bloga jest przeszłość, więc zamiast życzeń będzie list. List odnaleziony na strychu po smierci mojej babci ze strony taty. Pisany był przez mojego wujka niemal dokładnie 65 lat temu. Wujek został przez Niemców zabrany na roboty i stamtąd go wysłał.

Poprawiłem niektóre błędy, lecz stylistyka została oryginalna.

List pisany dnia 28 XII 1942 r.

W pierwszych słowach mego listu, Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus, pozdrawiam Was kochane Rodzice, że jestem zdrów z łaski Pana Boga, czego wam kochane Rodzice życzę. List z kolędą otrzymałem 23 grudnia, za który wam kochane Rodzice dziękuję. A teraz posyłam wam kochane Rodzice swój list wielkim żalem, bo taką miałem wigilię. Mozecie se pomyśleć, że jak Mamusia nieraz gotowała zupę, jak pomyła saganek po zupie to lepsze było jak to co oni nam dali na wigilię.

Ale to się wszytko wytrzyma. Już krócej jak dalej. Jak Pan Bóg da zdrowie to się niedługo zobaczem.

Pisałem do domu o koszulę i o suchary, to napisać mi czy z domu Mamusia odesłała.

Wysłałem do domu 12 grudnia list. Jestem ciekawy czy doszedł, czy nie? I napisać mi czy w Polsce jest ciepło czy zimno, bo u nas to pogody. Słońce świeci i jest ciepło.

A teraz piszę kochane Rodzice, że pierwszy list otrzymałem, a drugiego jeszcze nie otrzymałem. A teraz piszę, Mamusia pisała czy nas tam dużo jest, jest nas 18 w jednej sali, a jest takich sal cztery.

Na święta to my mieli bardzo kiepsko, bo nam dali 1 kilo chleba i po piętnaście deka kiełbasy i pięć deka sera, takiego co byście nie chcieli wcale jeść. I to było na trzy dni świąt. Tylko nam dawali obiady, ale to wszystko mało, bo chleb się zjadło jednego dnia, a przez dwa dni tylko człowiek żył jednym obiadem, bo więcej nie było. A i to co dają to też mało.

Mamusia pisała, żeby się  uskarżać na gardło, ale to nie pomoże, bo od nas z baraku leży dziewczyna na łóżku, chora, to jej nie chcą zwolnić, a mnie Mamusia każe się uskarżać, że mnie gardło boli. To nie pomoże.

A teraz proszę kochane Rodzice przysłać mi jeszcze więcej kopert, bo te dwie koperty  to mało. Przysłać mi więcej. Jeszcze z pięć kopert.

A teraz proszę kochani Rodzice opisać mi wszystko co tam w Tchórzewie słychać, i czy wiecej nie biorą do Prus? Jak będzie miał Stasio kartę do Prus, to niech wcale nie wyrusza z miejsca. To ma tak głodować jak ja, to niech lepiej w domu zginie jak ma jechać do Prus.

Kończę to pisanie. Pozdrawiam was kochane Rodzice. Pozdrawiam Stasia, Władzia i Sabusię. Do miłego zobaczenia.

Proszę o prędki odpis.

Rózne bywają oblicza świąt. Warto pamiętać o tamtych, nieporadnie opisanych wyblakłym już atramentem na błękitnej kartce paieru.

Szczecin, 24.12.2007; 02:15 LT

    

02:25, searover
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 grudnia 2007

  

W tamtych czasach nie interesowałem się jeszcze polityką. Pamietam jedynie zdjecia łysych panów wiszące w klasach obok godła państwowego. To były portrety Cyrankiewicza i Gomułki. Niewiele dla mnie znaczyły, chociaż pamiętam z jeszcze wczesniejszych lat, ze na pytanie kim chciałbyś zostać odpowiadałem: gomułką. Wyobrażałem sobie bowiem, ze gomułka (pisane z małej litery) to zawód, albo raczej stanowisko. Ktoś, kto rzadzi państwem. Wysoko mierzyłem J

Któregoś dnia nagle zaczęło wyczuwać się w szkole napięcie. Jedna z uczennic po przerwie coś opowiadała przejęta nauczycielce, ale ta wysłuchała i prowadziła dalej lekcję.

Na nastepnej przerwie ta sam dziewczyna powiedziała mi

- Wiesz co było wczoraj w Gdańsku? Dzisiaj jest w Szczecinie.

Nie bardzo wiedziałem co wydarzyło się w Gdańsku poprzedniego dnia, bo jako ośmiolatek nie byłem miłośnikiem dziennika telewizyjnego. Ktoś inny jednak słyszał i po chwili dyskutowaliśmy zawzięcie o podwyżkach cen i, ze jak tak dalej pójdzie to ludzie nie zarobią na chleb. Tak w przyspieszonym tempie odbyła się moja edukacja obywatelska.

Następnej lekcji już nie było. To znaczy rozpoczęła się, ale tylko po to aby oznajmić nam, że mamy iść prosto do domów. Nie wiem czyja to była decyzja, ale dziś, po latach widać, że nie brakowało t.zw. życiowej mądrości.

Mieszkałem wtedy przy ulicy Parkowej, naprzeciwko Parku im. Żeromskiego. Blisko mojego domu biegła ulica Malczewskiego. Jedna z głównych ulic wiodących od stoczni do centrum miasta. Wracając ze szkoły musiałem przeciąć tę ulicę. Była cała wypełniona stoczniowcami w kufajkach. Szli zwartą, długą kolumną środkiem jezdni. Przystanąłem i przyglądałem się temu zjawisku. Do tej pory widywałem jedynie pochody pierwszomajowe – radosne i kolorowe. Ten był też jak pochód, ale szary, milczący, brzydki. Dziwny jakiś.

Reszte tego dnia spędziłem w domu. Rodzice nie wypuścili mnie nawet na podwórko. Wiedziałem, że dzieje się coś złego, ze strzela się do ludzi. Potem widziałem zdjęcia w gazetach. Z tego gorącego okresu pamiętam zapłakaną sąsiadkę, która miała męża milicjanta i nie wiedziała co teraz się z nim dzieje. Mama wyrażała głośno swoje współczucie dla niej.

Nastepnego dnia rodzice pozwolili mi wyjść na podwórko. Stalismy z chłopakami przed bramą i obserwowalismy przejeżdżające naszą ulicą kolumny czołgów. Jeszcze niedawno oglądaliśmy w telewizji „Czterech Pancernych”, a tu czołgi na naszej ulicy. Dalej niż za brame podwórka nie wolno było mi wychodzić. Docierały do nas, dzieciaków, strzępy informacji, że spalono komitet partii, że w miescie trwały bądź trwają walki, ze zabito wiele osób. Wprowadzono godzinę policyjną.

Gdzieś na chodnik nieopodal spadły ulotki. Nie pamietam już kto je rozrzucał ani co w nich było napisane. Wiem tylko, że szybko je wyzbierano. Stanie przed bramą nie było całkiem bezpieczne. Obok dzieciaków było tam bowiem i troche dorosłych z podwórka, złaknionych informacji z pierwszej ręki od powracajacych ze sródmiescia ludzi. Obowiązywał jednak zakaz gromadzenia się, więc większe grupki były rozpędzane przez milicję.

Ktoś mówił o przypadkowych ofiarach. O zabitych, którzy mieli nieszczęście przypadkiem znaleźć się na linii strzału, a nawet nie brali udziału w demonstracjach. Były też opowieści o „pałowaniu” przypadkowych osób, według uznania milicji.

Pojawiły się piosenki nucone przez ulicę. Ludzie przekazywali sobie teksty na kartkach. Niektóre przynosiła nam ta sąsiadka, zona milicjanta.

Potem Gomułka zaniemógł. Ponoć oślepł. Zaczęto się zastanawiac kto po nim.

- Moczar?

- Moczar to pies! – syknęła sąsiadka.

Gierek.

Powoli wracał spokój. Zbliżały się święta.

A w maju 1971 roku znów ten sam barwny pochód jak co roku. Pamiętam tylko, że wtedy stoczniowcy nieśli oprócz flag i transparentów również czarne baloniki.

Manzanillo; 15.12.2007; 22:00 LT

06:08, searover
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 grudnia 2007

Któż z nas nie bał się będąc dzieckiem? Ja galerię strachów miałem przebogatą. Dzis niewiele już z nich pamiętam, ale kilka zapadło w moja i mojej rodziny pamięć.

Najwcześniej, jeszcze z dziecięcego łóżeczka, zapamiętałem wilka. Wilk był na makatce z Czerwonym Kapturkiem, która w celach ozdobnych nad owym łóżeczkiem wisiała.

Podczas popołudniowej drzemki nagle zauważyłem wilka spacerującego po szafie sąsiadujacej z łóżeczkiem. Wilk gotował się już do skoku, aby najprawdopodobniej mnie pożreć, kiedy zaalarmowana moim krzykiem mama przybiegła i odpedziła niebezpieczeństwo. Zapłakanego wyniosła do drugiego pokoju, gdzie wujkowie, sąsiedzi i kuzyni siedzieli przed telewizorem ogladając jakichś facetów w śmiesznych skarpetach w paski, któryz uganiali sie za piłką. To było przy okazji moje pierwsze zapmiętane spotkanie z piłką nożną. Transmisja z meczu to była wtedy cała celebra – telewizory były jeszcze rzadkością, więc schodzili się wszyscy z okolicy.

Z wczesnych strachów pamiętak też diabła Ko, który mieszkał w studni u mojej babci ze strony taty. To dziwne imię, brzmiace z japońska pojawiło się we śnie. Diabeł Ko nie był podobny do tradycyjnego diabła. Przypominał bardziej gigantyczną mrówkę. We śnie widziałem go tylko przez chwilę jak przemknął koło studni, ale od tej pory miałem dylemat: czy oddawać się ulubionemu zajęciu, t.zn. topieniu w studni suszących się na pobliskim płocie garnków, czy też zachować ostrożność i omijac studnię szerokim łukiem z uwagi na niebezpieczeństwo spotkania się oko w oko z Ko. Dziś podejrzewam, że wizualizacja diabła Ko była wynikiem spisku dorosłych, którzy prawdopodobnie chcieli odwrócić jakoś moje permanentne i garkochłonne zainteresowanie studnią.

Jeden z moch ulubionych zakątków Szczecina, Wały Chrobrego, również dopisał swoją historię. Wszyscy wiedzieli, że można było prowadzać mnie na spacery w  tamto miejsce, ale pod watrunkiem, że bedzie się chodzić chodnikiem przy skarpie prowadzącej nad Odrę, a nie stroną ulicy przylegającą do gmachu dzisiejszego Urzędu Wojewódzkiego. W owym czasie panicznie bowiem bałem się głowy straszącej nad jedną z bram

Te zdjęcia wykonałem oczywiście dopiero teraz, podczas niedawnego spaceru.

Wtedy każda próba przejscia przez ulicę wiązała się z zapieraniem się nogami, wyrywaniem, szarpaniem, kopaniem kuzynowstwa. Byłym w tym tak stanowczy, że starsze kuzynowstwo w końcu dawało za wygraną i nie przechodziło na ową straszną stronę ulicy. Do nastepnego spaceru, kiedy próba była ponawiana. Zrobił się z tego potem cały rytuał, bo każdy nasz sapacer na Wały Chrobrego kończył się próbą podejscia do bramy, a ja przez cały czas układałem sobie plan, jak nie pozwolić. I zawsze kończyło się to próbą sił przed bramą.

Nie pamiętam już czy w końcu udało im się przeprowadzić mnie za którymś razem  w jej pobliżu, czy też postawiłem na swoim i nie postwiłem kroku poza bezpieczną w moim mniemaniu strefą.

Przy okazji ostatniego spaceru, kiedy robiłem zdjęcia owej bramy, odkryłem jeszcze inną głowę, nie mniej straszną. Znajduje się koło głównego wejścia i na dodatek zaledwie jakieś pół metra nad chodnikiem. Że też ja jej  wtedy nie zauważałem!

Z czasem, w miarę dorastania diabły przestały mnie nękać. Pamietam za to z wypiekami na twarzy ogladany serial „Wakacje z Duchami”, a zwłaszcza jego pierwszy odcinek, który oglądałem sam w domu, a pod koniec którego duch Brunchildy ukazał się w zamkowych korytarzach po raz pierwszy. Te zjawy jednak nie zgrzały wśród rozmaitych straszydeł wiodącego miejsca.

Byłem wtedy w wieku, w którym informacje z gazet przyjmowało się bezkrytycznie i pewnego razu przeczytałem notkę o widzianym gdzieś latającym spodku. Od tej pory w snach zaczęli nawiedzać mnie przybysze z kosmosu rozmaitej maści. Były to barwne, pełne rozmachu obrazy godne najlepszych hollywoodzkich adaptacji J Być może dlatego tak bardzo lubię oglądać „Znaki”, które świetnie oddają atmosferę owych snów.

I tylko czasem troche szkoda, że kiedy obecnie zmęczony kładę sie spać, rano zazwyczaj nic nie pamiętam, a wszelkie strachy i koszmary jęsli sie pojawiają, przyjmują bardziej przyziemne postaci.

Gdynia, 05.12.2007; 12:25 LT

  

13:06, searover
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2007

Jak tylko sięgam pamięcią w domu moich rodziców zawsze było jakieś zwierzę.Raz pies, raz kot, a czasem obydwa gatunki. One też zostawiały swój ślad w naszej, familijnej historii.

Z kotów najcieplejsze wspomnienia dotyczą Fredka. Pamiętam go jak przez mgłę. Kiedy byłem bardzo mały, bawiłem się z nim wydając poleceni:a „Fredek, czesać!”. Wtedy Fredek delikatnie „czesał” mnie łapką w wystawionymi pazurkami. Fredek był ponoć mądrym dachowcem. Niestety, padł prawdopodobnie ofiarą ludzkiego okrucieństwa. Mieszkaliśmy wtedy na parterze, w oficynie i Fredek przez otwarte okno wychodził na podwórko, a czasem gdzieś dalej. Gdzie? To już były jego sekretne, kocie scieżki. Pewnego dnia z takiej wycieczki wrócił z roztrzaskanym pyszczkiem. Wrócił mimo odniesionych ran, tak jakby chciał się pożegnać, a być może liczył na jakiś ratunek? Obrażenia były jednak zbyt wielkie. Nie wiadomo było, kto mu to zrobił, lecz raczej nie inne zwierzę.

Z psów pamiętam kundelka Żabę, który poważnie chorował i niestety, wkrótce trzeba było go uśpić. Tak jak Żaba zajęła miejsce Psotki, tak oczywistym było, że i miejsce po niej wypełni jakiś inny pies. Pewnego popołudnia mama pojechała dokądś i przywiozła ratlerka o imieniu Biżek. Nie przypuszczałem wtedy, że Biżek będzie towarzyszył nam aż tak długo. Miałem niecałe pięć lat kiedy pojawił się u nas, a dziewiętnaście, kiedy schorowanego zmuszeni byliśmy uśpić.

Nie wiem skąd wzięło sie jego dziwne imię. Został tak nazwany przez pierwszych właścicieli i tak juz zostało. Biżek miał wszelkie cechy typowego ratlerka. Był więc jazgotliwy do granic możliwości. Każde wyjście na spacer objawiało się jego głośnym ujadaniem. Pewnego razu ów jazgot wystraszył znajomego wilczura, który najwyraźniej zadumał się nad psim losem i przywrócony do rzeczywistości nagłym hałasem, zaskoczony uciekał aż się kurzyło. Ów epizod przewrócił Biżkowi nieco w głowie, bo zaczęło mu się wydawać iż dominuje nad owym wilczurem. Wielki pies litościwie go ignorował, ale każda cierpliwość ma w końcu swój kres. Na kolejną głosną zaczepkę Biżka zreagował jak na psa obronnego przystało. Warknął, coś się zakotłowało i po chwili widziałem pędzącego i nie tyle skamlacego co szczekającego z jakimś potężnym wyrzutem w głosie ratlerka gonionego przez owego wilczura. Wilczur chyba nie miał zamiaru zrobić mu krzywdy, ale pogonił dla zasady. Biżek tak sie przestraszył, ze podczas tego szaleńczego biegu puściły mu zwieracze i za przeproszeniem, zesrał sie ze strachu. Od tej pory trzymał się od wilczura na bezpieczny dystans.

Powszechnie znana wredność charakteru ratlerków objawiała się i w domu. Biżek, wiecznie trzesący się z zimna, zwykł sypiać w łóżku, gdzieś koło nóg owego łóżka lokatora. Nie było jednak krzty wdzięczności z jego strony za to, że uzyskał pozwolenie na taki nocleg. Wprost przeciwnie. Ulokowawszy się w łóżku wcześniej, głośnym warczeniem dawał wyraz swojej dezaprobacie, że ktoś śmie zakłócać mu sen. Nie raz ugryzł mnie w palec u nogi zdenerwowany, że go dotknąłem.

Pewnego wieczoru, dość późno kończyli u nas wizytę ciocia i wujek. Kiedy byli już ubrani, Biżek ustawił się przy drzwiach gotów iść jeszcze na spacer. Ponieważ jednak wieczorny spacer zdążył już tego dnia zaliczyć, został wygoniony przez moją mamę do pokoju. Towarzyszył temu jej głośny, nieprzychylny komentarz na temat zawracania głowy staniem przy drzwiach aby wyłudzić kolejne wyjście. To musiało bardzo naruszyć godność osobistą Biżka. Obrażony pozostał w pokoju.

Po wyjściu gości, mama pościeliła łóżko, a potem zebrała ze stołu naczynia i zajęła się zmywaniem w kuchni. Kiedy skończyła i wróciła do pokoju została zaskoczona widokiem porażającym. Biała poszewka poduszki jak i sama poduszka były mokre od cieczy o żółtawym zabarwieniu. Winowajca zaś siedział schowany głęboko pod szafą i z ukrycia obserwował rozwój wypadków. Mama oczywiście w pierwszej chwili się wściekła i gotowa była natychmiast kijem od szczotki wymierzyc mu sprawiedliwość, lecz po chwili wybuchnęła śmiechem zrozumiawszy motywy działania psa. Złośliwy ratlerek doskonale zdawał sobie sprawę z tego co robi. Ni nasikał gdzieś w kącie, nie obsikał ani ściany ani nogi od stołu lecz pofatygował się „oblać” poduszkę – element wyposażenia, którego czystość była przedmiotem szczególnej troski. Nie mogło to być bez związku z niezasłużoną, jego zdaniem, burą, jaką otrzymał parę minut wczesniej przy drzwiach. I wiedział, że zemsta będzie dotkliwa, skoro jej efekty wolał obserwować spod szafy.

Mama uznała racje Bizka i nie został ukarany pomimo takiej psoty. Zemsta się powiodła.

Szczecin, 23.11.2007; 15:05 LT

19:28, searover
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 listopada 2007

“Nikogo nie ma w domu” – to był swego czasu bardzo popularny czechosłowacki serial. Z pewnoscią moznaby go określić modnym i nadużywanym dzis mianem „kultowy”. Podobnie zresztą jak niezapomniana „Arabela”. „Nikto ne je doma” opowiadał o perypetiach dzieciaka, który zaostawał sam w domu, kiedy jego mama szła do pracy. Jak można się łatwo domyślić, chlopiec pomimo usilnych starań „bycia grzecznym” zawsze w końcu ładował się w mniej lub bardziej poważne tarapaty.

Ja osobiście nie miałem okazji zostawać w domu sam (mieszkała z nami babcia), więc zachowywałem się przyzwoicie. Natomiast trójka moich kuzynów (płci obojga), ho ho... J. Pomysłów mieli co niemiara.

Sam pewnego razu miałem okazję bawić się z nimi w t.zw. budę. Buda to było cos w rodzaju szałasu zbudowanego w pokoju. Stelaż z czego się dało, a na to koce, jakies narzuty i buda gotowa. A potem juz mozna było robić n.p. piknik. Buda byłaby całkiem niewinna gdyby nie wzmocnienie jej gwoździami. Nie pamiętam juz dokładnie, ale chyba karnisz od firanki (drewniane wtedy były) przybiliśmy do szafy.

Innym razem kuzynostwo podczas jakiejś zabawy stłukli jeden z kloszy żyrandola. Sprawa była poważna i spodziewali się porządnej bury po powrocie rodziców z pracy. W związku z tym postanowili ich przechytrzyć i... zamienic żyrandole w pokojach. Wyszli z założenia, że przeciez nikt nie będzie zadzierać głowy do góry, żeby zobaczyć co mu tam świeci. Cud, ze nikogo prąd nie kopnął, w każdym razie, kiedy rodzice wrócili do domu, obydwa żyrandole znajdowały się na podłodze i jeżeli ktos tam ściemniał to w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Motorem większości dziwacznych pomysłów był Zbyszek, zapalony eksperymentator. Zbyszek zasłynął wczesniej w rodzinie pamietną sentencją wygłoszoną podczas jakiejś kolacji. Przyglądał się jak starsi zajadają kiełbasę na gorąco, przy czym każdy miał oprócz kiełbasy na talerzu placek jakiejś brązowej substancji o półpłynnej konsystencji. Nie wiedział jeszcze wtedy, że to jest musztarda.

Przyglądał się, przyglądał, az w końcu nie wytrzymał, nabrał odrobinę na palec, oblizał go i stwierdził:

- To nie gówno!

Zbyszek pewnego razu stwierdził, że woda w akwarium z rybkami jest stanowczo za zimna. Powodowany współczuciem postanowił polepszyć nieco ich znaczony chłodem los i wsadził do wody grzałkę uzywaną do gotowania wody na herbatę. Akwarium miało pojemność nieco większą od dzbanka, więc sam proces podgrzewania był długotrwały. Długotrwały na tyle, że Zbyszek odszedł do innych zajęć. O grzałce przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy z akwarium zaczęła unosić się para. Niestety, rybki zdecydowanie wolały chłodniejszą wodę i żadna nie przeżyła.

Zbyszek jako najstarszy z rodzeństwa odpowiadał za palenie w piecu, bo była to stara kamienica z piecami kaflowymi.  Pewnego razu ogień nie bardzo chciał się rozpalić. Zniecierpliwiony kuzyn postanowił dopomóc sobie rozpuszczalnikiem. Polał go po przygotowanym drewnie i węglu, po czym przyglądając się zamierzonemu efektowi zapalił zapałkę i wrzucił do paleniska. Płomień buchnął z drzwiczek prosto w jego twarz. Zdążyli zamknąć drzwiczki więc w piecu się paliło i groźby pożaru nie było. Gorzej było z twarzą kuzyna, która przybrała wkrótce czerwony kolor. Rodzenstwo, solidarne z bratem postanowiło mu pomóc najlepiej jak potrafiło, a mianowicie zużyło cały zapas pudru ich mamy, żeby zamaskować oparzone miejsca i nie referować wpadki rodzicom. Oparzenia chyba nie były zbyt poważne skoro Zbyszek wytrwał do popołudnia, kiedy rodzice wrócili z pracy. Maskarada niestey się nie udała i ci natychmiast zorientowali się co sie stało. Kuzyn trafił na pogotowie i później przez czas jakiś stosował jakąś maść na oparzenia. Z tą maścią zresztą też był potem problem. Po kolejnej wizycie u lekarza i zakupieniu maści, kuzyni zostali przez rodziców, którzy jeszcze mieli jakieś sprawy do załatwienia, odesłani taksówką do domu. W taksówce oczywiście zajmowali się wszystkim tylko nie maścią i po wyjściu dopiero po dłuższej chwili zorientowali się, że tubka z lekarstwem odjechała pozostawiona na tylnym siedzeniu. Po naradzie w swoistym sztabie kryzysowym stwierdzili, że predzej czy później taksówka w końcu musi przyjechać na postój nieopodal ich domu (było to w czasach kiedy o telefonicznym zamawianiu taksówek można było tylko pomarzyć). Wystarczyło tylko poczekać. Czekali, czekali, czekali, aż w końcu z postoju zabrali ich rodzice, którzy po powrocie do domu nie znaleźli śladów bytności swoich pociech.

Gdyby ktoś wtedy zbierał materiały do polskiej wersji „Nikto ne je doma”, mógłby czerpać z ich życia garściami.

Gdynia, 15.11.2007; 12:15 LT

 

12:18, searover
Link Komentarze (4) »
środa, 31 października 2007

 

Wyścig Pokoju. To było wydarzenie! Każdego roku w maju elektryzowało tłumy nie mniejsze niż podczas skoków Małysza w czasach jego największej świetności. Codzienne transmisje z zakończenia etapów, ale najpierw masowo odsłuchiwane meldunki trasy w radiu co pół godziny. Pamiętam dźwigających niemałe radiodbiorniki, aby nawet podczas spaceru po parku nie opuścić transmisji.

Co roku mniej więcej w tym samym czasie rozpoczynało sie szaleństwo wyścigów podwórkowych. Najpierw to były guziki. Na narysowanych kredą, albo częściej kawałkiem cegłówki trasach ścigały się całe peletony przedziwnych, kolorowych pionków. W takich przypadkach bardzo wiele zależało nie tylko od pstrykania, lecz także od kształtu i masy takiego guzika. Przekopywałem pudełko mojej mamy w poszukiwaniu wlasciwych zawodników. Najładniejszy, wielki jak stara pięciozłotówka, perłowobłękitny, z czterema dziurkami wcale nie okazał się dobry. Był płaski, kanciasty i po pierwsze jego płaskość bardzo utrudniała pstrykanie, a jeśli już udało się pstryknąć porządnie, to i tak zatrzymywał się na pierwszej lepszej nierówności, co na podwórkowych trasach, nie znających asfaltu, było standardem.

Aż nadszedł dzień, kiedy zapanowała prawdziwa równość. Od tej pory niemal wszystko zależało od kunsztu pstrykającego. Za sprawą kapsli. Każdy z nas biegał po nie w okolice murków i ławek, gdzie pod chmurką zwykli przysiadywać amatorzy chmielowego napoju. Kapsle były jednakowe i każdemu dawały jednakowe szanse. Można było rozgrywać nimi standardowe etapy na płaskim terenie jak i prawdziwe maratony dookoła niemal całego podwórka z prawdziwymi lub sztucznymi przeszkodami, które potrafiły powstrzymać i przyblokować niejednego samotnego uciekiniera. Na rozstrzygnięcie takiego etapu giganta potrzeba było czasem niemal tyle czasu, co na prawdziwym wyścigu.

Przygotowanie własnego zawodnika albo całej drużyny to był często rytuał. Po pierwsze, koszulki. Robiło sie je z kolorowego papieru. Było to kółko o średnicy minimalnie większej od wnętrza kapsla. Leniwi mieli koszulki jednokolorowe. Ci, którym się chciało, potrafili z naklejać paski albo inne wzory. Często inspiracją koszulek były narodowe flagi, bo każdy kapslowy zawodnik był odpowiednikiem żywego kolarza. Miał na koszulce napisane jego nazwisko i numer startowy. Dlatego sprawą wyjatkowej wagi było wejście w posiadanie egzemplarza Trybuny Ludu z dnia poprzedzającego start Wyścigu Pokoju. Tam publikowana była pełna lista startowa z nazwiskami i numerami przypisanymi poszczególnym zawodnikom. Na jej podstawie tworzyliśmy własne drużyny. Wytrwalsi potrafili odginać, profilować swoje kapsle, aby lepiej się poruszały. Czasem koszulkę zalewano woskiem. Była nadal czytelna, ale kapsel zyskiwał na wadze i posuwał się bardziej zdecydowanie, niczym taran rozbijając zgrupowania innych pionków na trasie.

Pewnego roku, chodziłem wtedy albo do przygotowawczej (dziś mówi się „zerówki”) albo do pierwszej klasy, stałem sie posiadaczem całego peletonu. Starsi kuzynowstwo, znając moje zacięcie do tej gry, zebrali kapsle, wykonali koszulki i wręczyli mi taki swoisty prezent.

Od tej pory wyscigi rozgrywałem również sam, w domu. Trasą był szlak dookoła dywanu. Jednak trasa chociaż długa, była stosunkowo nudna. Cóż, raptem cztery proste, odpowiadające każdemu bokowi dywanu. Dlatego pewnego razu wybrałem się do parku po drugiej stronie ulicy. Był to zupełnie nieprzemyślany ruch. Podwórko, z prowadzącą do niego bramą to był azyl bezpieczeństwa. Każdy obcy od razu stawał się intruzem, a jego ruchy śledziły oczy mieszkańców oficyn. Za bramą, niczym za wrotami sredniowiecznego miasta było się wystawionym na wszystkie niebezpieczeństwa świata tego.

- Ta garstka moja!

- A ta moja!

Dwóch starszych oprychów brutalnie przerwało rozgrywany właśnie etap. Zgarnęli do kieszeni, ile zdołali zebrać i smiejąc się odeszli. Na trasie pozostały resztki zdziesiątkowanego peletonu.

Natychmiast pobiegłem przez ulicę na podwórko po posiłki. Posiłki nadeszły, ale złodzieje kapsli zdążyli sie ulotnić.

Kilka lat później, w starszych klasach podstawówki odkryłem jeszcze ciekawszą grę w kapsle. Była to piłka nożna. Efekt sukcesów naszej reprezentacji na mistrzostwach świata w 1974 roku. Tam naprzeciwko siebie stawało dwóch graczy: każdy miał po jedenastu zawodników. Na końcach boiska (najczęściej był to dywan w pokoju) stawały wykonane domowym sposobem bramki. Kapslami każdy zawodnik pstrykał na zmianę i miał za zadanie wbić bramkę rywalowi. Piłką mógł byc jakiś koralik wykradziony mamie, ale najczęsciej stawał się nią jeden z cukierków typu „groszek”. Paczka groszków starczała na bardzo długo, przy czym zazwyczaj 90% było konsumowane.

Już nie kupowaliśmy „Trybuny Ludu”. Na topie był tygodnik „Piłka Nożna”, który prowadził coś w rodzaju kroniki meczów, podając pełne składy drużyn. Moimi pierwszymi druzynami były Portoguesa Sao Paulo i Sporting Lizbona.

Mecz trwał dwa razy po dziesięć minut. Z chłopakami z klasy prowadziliśmy rozgrywki na kształt europejskich pucharów. Z czasem z klubów przeniesliśmy się na narodowe reprezentacje i rozgrywaliśmy turnieje o mistrzostwo świata. Wtedy jednym z potentatów była moja Austria. Z Prohaską na czele gromiła rywali aplikując im po kilka bramek, a nie tracąc żadnej.

Kiedy po wielu latach urodziły się moje dzieci, pomyślałem, że wrócą czasy kapsli. Już widziałem się oczyma wyobraźni rozgrywającego z synem kapslowe mecze.

Nie rozegrałem ani jednego. Były już inne gry. Czas kapsli przeminął wraz z moim pokoleniem.

Szczecin, 31.10.2007; 21:00 LT

21:06, searover
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 października 2007

Dziadek ze strony mamy miał bardzo porywczy charakter. Łatwo wpadał w furię i wtedy gotów był stawać do walki z każdym i bez względu na okoliczności w obronie swoich racji. Nie było świętości. Swój czy obcy, żołnierz czy ksiądz, z realną szansą na wygranie sporu czy też porywając sie z motyką na Słońce. Jak na choleryka przystało wybuchy złości mijały mu równie szybko jak sie pojawiały. Może dlatego pomimo, że rodzina często miała cięzkie życie z furiatem przypominającym trochę Luis de Funesa (wtedy jeszcze nikomu nie znanego), uchodził on we wsi za przykładnego ojca i męża, dbającego o swoją rodzinę.

Trafił jednak w końcu swój na swego. Ksiądz, który nastał w parafii był równie porywczego charakteru i wkrótce okazało się, że wieś to zbyt mały obszar dla dwóch zadziornych samców. Dziadek wówczas był woźnym w szkole, a że jej budynek stał po drugiej stronie drogi naprzeciwko kościoła, częste spotkania były nieuniknione. Tym bardziej, że był to jeszcze ten okres po wojnie, kiedy lekcje religii odbywały się w szkole.

Po obu stronach drogi iskrzyło więc, i kto wkraczał na czyj teren, musiał liczyć się ze słownym atakiem. Powód zawsze się znalazł. Mama opowiadała jak nieraz nagle w środku lekcji słychać było wielkie krzyki w korytarzu, po czym nagle z impetem otwierały się drzwi klasy i wpadał zdyszany ksiądz. Nie zważając na nauczyciela, krzyczał do niej:

- Glincyna! Ty powiedz swojemu ojcu, żeby się lepiej w kościele ani na plebanii nie pokazywał....

Tu nastepowało wyliczanie dlaczego ma się nie pokazywać, czyli co takiego dziadek powiedział. A że gębę dziadek miał niewyparzoną, klasa miała ubaw z relacji księdza. Nauczyciel z trudem utrzymywał powagę, a mam biedna stała ze spuszczoną głową, ze wstydu, który dziś pewnie nazywałby się obciachem przed klasą.

Jakoś nigdy nie dowiedziałem się jak wyglądała wizyta po kolędzie, bo przecież takowe były, a cała rodzina z dziadkiem włącznie była pobożna. Wyglądało na to, że na takie ważne okresy po chrześcijańsku zakopywano topór wojenny. Tolerancja zwyciężała w chwilach wyższej konieczności. I tak jak pojawiał się ksiądz w domu, tak i dziadek bywał tolerowany podczas rozmaitych uroczystości koscielnych, tym bardziej, ze jak na wiejskie warunki był człowiekiem oczytanym. Do tej pory, ponad trzydzieści lat po jego śmierci, pamietają ludzie jak chodził zawsze z jakąś książką pod pachą, bo czytać wprost uwielbiał.

Przyszedł Wielki Piątek i dziadek, tak jak większość wiejskiej społeczności pomaszerował do spowiedzi. W kościele cisza i nastrój skupienia. Ci przed spowiedzią robią rachunek sumienia, inni modlą się po uzyskaniu rozgrzeszenia. Ksiądz w konfesjonale wysłuchuje szeptem wyznaanych grzechów. Robi też rachunek sumienia mój dziadek. Nazbierało sie trochę.

Podszedł, przeżegnał się, zaczyna wyznawać złe uczynki. Szepcze, szepcze, ksiądz zaczyna się wiercić, dziadek szepcze dalej, księdzu w końcu twarz tężeje, dziadek szepcze... Aż nagle pełną skupienia modlitewna ciszę przerywa ryk księdza:

- I ty jesteś katolik?!!! Ty jesteś świnia nie katolik! - zagrzmiało w całym kościele, odbijając sie po wielokroć echem w jego zakamarkach.

I nie udzielił dziadkowi rozgrzeszenia.

Była to przez długi okres wiadomość numer jeden we wsi. No cóż, dziadek wczesniej przed nikim nie ukrywał jakie ma zdanie o księdzu i gdzie (abstrahując od całej powagi jego urzędu) za przeproszeniem go ma. W chwilach wzburzenia nie raz zdarzało mu sie chlapnąć jęzorem to czy owo. W Wielki Piątek należało wszystko wyznać, by w czystości radować się Wielkanocą. Przecież nie mógł świadomie nic zataić, bo byłoby to świętokradztwo.

Gdynia, 23.10.2007; 01:30 LT

 

01:44, searover
Link Komentarze (1) »
środa, 17 października 2007

W ciągu ostatnich kilku tygodni dwukrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z bliskimi mi osobami na temat „Dzieci z Bullerbyn”. Najpierw Mój Anioł powiedział mi, że to książka jej dzieciństwa. Tak samo jak i mojego. Anioł biegał niedawno od kiosku do kiosku do kiosku by kupić Gazetę Wyborczą z płytą mp3, która rozeszła się w mgnieniu oka. A kilka dni temu mój przyjaciel Hrabia, wyznał nam to samo. Było coś niesamowitego w tym, że pewnego wieczoru trójka dorosłych, poważnych ludzi prowadziła dyskusję na temat przygód Lisy, Lasse, Bosse i innych...

Przez pierwsze dwa lata mojej edukacji chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 31. Niewielki budynek z czerwonej cegły stojący na skraju cmentarza przy kościele p.w. Sw. Stanisława Kostki. Czy ktoś jeszcze pamięta, że tam był cmentarz? U nas to okreslenie funkcjonowało bardzo długo. Pamiętam porozrzucane po całym terenie płyty z dziwacznymi i niezrozumiałymi dla nas inskrypcjami gotykiem. Właściwie to do tej pory mówimy, że n.p. idziemy przez cmentarz, mimo, że śladu żadnego już nie ma. No, może prawie nie ma. Czasem pojawiają się, jak ostatnio, przy budowie nowego budynku. Przeczytałem w gazecie, że kopiąc dół pod fundamenty, natrafiono na resztki poniemieckich nagrobków, lecz ludzkich szczątków nie odnaleziono. Jakoś nie chce mi się wierzyc w szczerość tych zapewnień.

Ależ mi opowieść zeszła z niewinnego wątku dziecięcej książki na mroczne rozkopywanie grobów. Z pisaniem jednak jest tak jak z zeglowaniem po nieznanych wodach. Niby wie się, w którym kierunku trzeba płynąć, lecz nie wiadomo dokąd niespodziewanie zdryfujemy.

Przez ów cmentarz stopniowo zamieniany w park prowadziła moja codzienna droga do i ze szkoły. Po lekcjach często zachodziłem do biblioteki, a ponieważ juz w pierwszej klasie czyatnie szło mi nieźle, książki wypożyczałem często, na co zwrócila uwagę bibliotekarka. Bywało, że zaczynałem czytać zaraz po wyjściu z budynku. „O Wojtku co chciał zostać strażakiem” (albo coś w tym rodzaju – nie pamietam dokładnie tytułu) skończyłem czytać zanim doszedłem do końca cmentarza. Pamiętam swoje rozczarowanie. Nie wiedziałem czy wracać do biblioteki po następną książkę, czy iść dalej do domu. Dom był niemal po drugiej stronie ulicy, więc zdecydowałem już nie zawracać.

Krótko po „Wojtku” zaś trafiła mi się prawdziwa „cegła”, lektura dla klasy II, „Dzieci z Bullerbyn”. Nie miałem zielonego pojęcia o czym to jest. Ot, lektura, którą trzeba przeczytać. Nawet nie zacząłem wertować jej na cmentarzu. Dopiero w domu, po obiedzie.

Nie pamietam już, co działo się potem. Wiem tylko, że gdy zacząłem ją czytać w t.zw. dużym pokoju tamtego popołudnia (mieliśmy dwa pokoje w naszej oficynie na parterze – jeden „duży”, przejsciowy oraz „sypialnię” albo „sypialkę”, jak zwykła mawiać moja babcia) prawdziwie odleciałem. Zapomniałem o podwórku, kolegach, o całym bożym świecie. Czytałem jak się sciemniało, przerwałem na kolację, a potem kontynuowałem w łóżku. W tej chwili bardzo niewiele zostało mi w głowie z treści książki i wciąż pozostaje dla mnie fenomenem, ze tak wielkie zrobiła na mnie wrażenie. Przecież na pozór nie było w niej nic nadzwyczajnego. Trudno wyobrazić sobie bardziej nudny punkt wyjścia. Jakaś zapadła osada na końcu świata zamieszkała przez kilka rodzin. Nic się tam nie dzieje. Ani telewizji, ani samochodów, ani żadnych nowoczesnych rozrywek. O czym tu pisać? Chyba tylko Astrid Lingren wiedziała o czym, a przede wszystkim jak. Nie poszedłem spać zbyt późno tamtego wieczoru, ale zanim zgasiłem światło, dobrnąłem do ostatniej strony. Co ja piszę?  Dobrnąłem? Dobiegłem! Pochłaniałem żywcem tę książkę i pewnie bym nie zasnął nie dowiedziawszy się do końca jakie przygody przeżywała szóstka malych bohaterów.

Nazajutrz odniosłem przeczytaną książkę do biblioteki. I wtedy rozegrała się straszna scena. Pani bibliotekarka, zaczęła głośno wymyślać nieobecnym moim rodzicom, że to potwory, które zamiast pozwolić dziecku się bawić przymuszają je do czytania i takie grube książki każą czytac w jeden dzień. Stałem z opuszczoną głową, nie bardzo wiedząc jak się zachować, kolejka uczniów w ciszy przyglądała sie zdarzeniu, a pani wykrzykiwała swoje pretensje. Nie pamiętam jaka książkę po niej wypożyczyłem, lecz nie oddałem jej nazajutrz. Bałem się, że znów będzie awantura.

„Dzieci z Bullerbyn” to przede wszystkim historia o takich samych, zwykłych dzieciakach, jakimi my byliśmy. Jeżeli ich życie mogło byc tak barwne to nasze też. I było. I pewnie czuliśmy to instynktownie, choc nikt nie potrafiłby swoich przygód opisać tak pięknie i ciepło jak zrobiła to szwedzka autorka. Do szczęśliwego, barwnego, pełnego rozmaitych wrażeń życia wcale nie trzeba było wyjeżdżac na koniec świata, nie trzeba było pieniędzy ani kosztownych gadżetów. Wystraczyła pomysłowość, ochota do życia oraz ciepło i pogoda ducha otaczających nas osób. Zrozumiałem to dokładniej pietnaście lat później, kiedy w górach na Niemcowej z przyjaciółmi świadomie odcinalismy się od świata. Nie było radia, magnetofonów, telefonów, nawet światła. Spędzaliśmy wakacje w spartańskich warunkach, a jednak nigdzie nie przeżyliśmy tylu niesamowitych chwil co właśnie tam. Nigdzie nie puszczalismy wodzy wyobraźni tak daleko i nie bawiliśmy sie tak beztrosko jak w tej samotnej chatce w Beskidach. A kiedy los porozrzucał nas w przeróżne strony chwilami wracał wskrzeszony nastrój to tu, to tam. Wtedy mówilismy: „Niemcowa to nie miejsce na mapie lecz ludzie”. Myślę, że tak samo jest z Bullerbyn. Ta osada z jej małymi mieszkańcami nie istnieje w książce lecz w naszych sercach. Ci, którzy ciągle ją odwiedzają, mają piękniejsze życie. Wcale nie łatwiejsze, nie lżejsze, ale z pewnością ciekawsze, bardziej kolorowe. I niesamowite, że odnajdują jedni na drugich na końcu świata jakby nosili jakieś znamię. Wtedy po raz kolejny ktoś podnosi ze zdziwieniem wzrok, przygląda się swojemu rozmówcy jakby po raz pierwszy go zobaczył i pyta;

- To to także Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

Portsmouth, 16.10.2007; 21:40 LT

 

03:58, searover
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 września 2007

W moim albumie ze zdjęciami z czasów szkolnych (pstrykalismy ich wtedy sporo) wiele fotografii dotyczy wykopków. Czy ktos jeszcze pamięta to słowo? Moje dzieci nie wiedzą o co chodzi.

Z nastaniem jesieni, przeważnie we wrześniu szkoły wysyłały uczniów do pomocy przy zbiorze ziemniaków, ponieważ PGR-y nie mogły sobie z tym poradzić. Wykopki były albo stacjonarne, jeżeli miały miejsce gdzies dalej od miejsca zamieszkania, albo dojazdowe, gdy pomagało się PGR-om gdzies na obrzeżach Szczecina. Oczywiście ta cecha była zasadniczą w ocenie ich przez uczniów. Trudno było polubić codzienne chodzenie do podmiejskich PGR-ów nawet jeśli wiązało się to z tygodniową przerwą w zajęciach lekcyjnych. Co innego stacjonarne. Wtedy jechało sie całą klasą jak na coś w rodzaju zielonej szkoły, z pracą zamiast lekcji i z mieszkaniem w z założenia dość prymitywnych warunkach. Nieważne były robocze dniówki. Istotne było życie towarzyskie, które zaczynało sie po powrocie z pola i kwitło do późnej nocy.

Nasza klasa zaliczała się raczej do tych porządniejszych, ale też dostawała z tej okazji małpiego rozumu. Umowa była taka, ze każdy skombinuje butelkę wina, żeby przez tydzień pobytu klasowe grono nie mogło narzekać na brak polepszaczy i tak dobrego przecież humoru. Na miejsce zbiórki stawilismy się z plecakami, torbami i przekazywalismy sobie szeptem dyskretne informacje.

- Masz?

- Mam.

- Jakie?

- Byczą Krew.

- Ja porzeczkowe własnej roboty.

I wszystko byłoby dobrzegdyby nie pewne rozluźnienie atmosfery wśród kolegów palaczy na tylnych siedzeniach. Ja osobiście do nich nie należałem i skończyłem z nałogiem krotko po spróbowaniu i wypaleniu ukradkiem jakichś dwóch paczek „sportów” z kolegami na tyłach Cmentarza Centralnego (wtedy to była prawdziwa terra icognita – pochówki kończyły się niedaleko pomnika, a dalej mało kto sie zapuszczał). Było to w piątej klasie szkoły podstawowej. Potem nigdy mnie do „fajek” nie ciągnęło, ale w licealnych toaletach, zawsze mozna było przysłowiową siekierę powiesić, tyle dymu było w niej na przerwach. Koledzy bowiem potrzebowali w przerwach cos „zajarać”. Potrzebowali też i w autobusie.

Dym zauważył w lusterku kierowca. Zatrzymał autobus na parkingu, poskarżył wychowawczyni i zrobiła się straszna awantura. Nasza wychowawczyni mimo, że jak możemy po latach stwierdzić, krzywdy by nam nigdy nie zrobiła, to jednak trzymała nas krótko i porządek byc musiał. Wszyscy wysiedli. Palacze mieli sie przyznać i oddać zapasy. Ponieważ jednak na gorącym uczynku nikt złapany nie został (kierowca widział tylko dym), chętnych do wystąpienia brakowało. Sytuacja zrobiła się trochę niezręczna, bo najwyraźniej nastąpił pat, a przecież sprawę trzeba było jakoś rozwiązać. I wtedy nasza wychowawczyni postanowiła problem rozwiązać radykalnie. Ponieważ nikt nie chciał się przyznać, bagaże zostaną wyciągnięte z auta i komisyjnie sprawdzone. Znalezione papierosy zostaną skonfiskowane, a palacze dostaną za swoje.

Trudno było o bardziej hiobową wiadomość. Oczyma wyobraźni juz widzieliśmy te wyciagane z plecaków butelki wina i zawracający do szkoły autobus, a potem... Co potem, tego rozdygotana wyobraźnia nawet nie była w stanie sobie przedstawić. Biada!

Wszyscy oglądali się na wszystkich i z przerażonych spojrzeń mozna było wyczytać:

- No róbcie coś!

Cos mogli zrobić tylko palacze. No i trzeba powiedzieć, że poświęcili sie dla dobra ogółu. Ktoś poszedł do autobusu i wyciagnął woreczek foliowy z kilkoma paczkami papierosów. Ktoś inny także. Wyrazili też skruchę, przeprosili za swoje zachowanie i to zostało przyjęte. To z kolei zrobiło takie wrażenie na chłopakach, że postanowili pójść za ciosem i skruszeni oddali nawet jedną butelkę wina ze słowami, że „już nigdy wiecej”. Klasa pokiwała głowami z aprobatą. Na wychowawczyni mimo, że patrzyła groźnie, też chyba ten akt pokory zrobił wrażenie, bo od przeszukania bagażów odstąpiła i wkrótce ruszylismy w dalszą podróż.

Na miejscu trzeba było jakoś owe wina ukryć bo bagaże, jak widać, były bardzo niepewnym schronieniem. Do tego celu swietnie nadał sie kaflowy piec. PGR-y tym się wyróżniały, że wszystko na ogół było tam zrujnowane. Kaflowy piec w czworakach, gdzie nas zakwaterowano, też. Nie było więc ryzyka, że ktos zechce w nim napalić, a pojemny był wystrczająco. Metalowe drzwiczki były przez cały czas zakręcone, a wieczorem po otwarciu, ktoś pociągał za szyjkę kolejną butelkę. Butelka trafiała do zebranego w izbie towarzystwa, a z czeluści pieca po każdej takiej operacji wydobywał się intrygujący brzdęk osuwających się w dół wyższych partii. Butelki były bowiem składowane w pozycji poziomej jedna na drugiej od dołu paleniska ku kominowi. Gdzieś pod koniec wykopków brzdęk się nie rozległ, co oznaczało, że zapasy zostały wyczerpane.

Wieczory towarzyskie w czworakach miały swój niezaprzeczalny urok. Oczywiście nic takiego nie mogło wchodzic w grę podczas wspomnianych na wstępie zwykłych prac społecznych, na które codziennie dojeżdżało sie z domu. Być może nauczyciele wiedzieli, albo podejrzewali swoje bo przecież tyle roczników wychowali. Na stacjonarne wykopki zabierali bowiem tylko najstarsze klasy. Młodsi pracowali na miejscu.

Podczas jednej z takich akcji, jako ucze bodajże drugiej klasy liceum, trafiłem zamiast na wykopki, do sprzątania strychu budynku naszego liceum. Część strychu była zajęta przez strzelnicę, gdzie prowadzono zajęcia z przysposobienia obronnego. My mieliśmy zająć się druga częścią. Nasz profesor od P.O. wszedł jednak z nami w układ – sprzątamy szybko, a potem w nagrodę strzelanie. Przez całą szkołę nie postrzelałem sobie tyle, co w tamte trzy dni. Nie to jednak okazało sie najciekawsze. Na opuszczonym strychu znajdowały się całe sterty rozmaitych papierzysk, które należało uprzątnąć. Makulatura. Podniosłem jedną z gazet, a tam wielki tytuł obwieszcza, że Związek Radziecki wystrzelił w kosmos „Sputnika 1”, pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Dalej zaś tekst informował, że właśnie rozpoczęła się era podboju kosmosu i juz wkrótce radzieckie statki załogowe będą wozić ludzi na odległe planety. Gazeta z 1957 roku! Przeleżała na strychu 20 lat. Nie moge sobie dziś darować, że nie wziąłem jej na pamiątkę.

Na pamiatkę wziąłęm cos innego.

Kiedy dotarlismy do głębszych pokładów papierowej sterty, oczom naszym ukazały się... hitlerowskie koperty! Przeleżały od czasów wojny do 1977 roku by razem ze wszystkimi papierzyskami trafić na smietnik. Część z nich zabrałem do domu. Po jakichś 32 latach na strychu, kolejne 30 lat przeleżały w jednej z moich szuflad.

Niech więc teraz poleżą w szufladzie elektonicznej

Szczecin, 30.09.2007; 02:35 LT

02:44, searover
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 września 2007

 

Rodzina mojej mamy większą część wojny spędziła w Prusach Wschodnich. Pewnego dnia dostali polecenie aby spakować najpotrzebniejsze rzeczy i opuścili rodzinne Kleczkowo. O gospodarzach, u których pracowali napiszę kiedy indziej. Teraz wspomnę o zbliżającym sie wyzwoleniu.

W narastającym chaosie tamtych dni z opuszczonego już przez właścicieli gospodarstwa zostali zabrani przez przejeżdżający tamtędy oddział niemieckiego wojska do obozu w Królewcu. Mama opowiadała mi o portowych nabrzeżach, dźwigach, zatopionych magazynach. To był pierwszy raz w życiu kiedy widziała morski port, statki i cała tę infrastrukturę. Cóż, bywały i takie wycieczki nad morze.

Ich obóz nazywał się Schleimacherstrasse. A może tylko mieścił się przy tej ulicy? W latach dziewięćdziesiątych, już jako kapitan jednego ze statków trafiłem do Kaliningradu. Patrzyłem na przedwojenne mosty oraz ceglane magazyny do złudzenia przypominające gdańskie spichlerze i zastanawiałem się, czy to nie jest właśnie przypadkiem to miejsce znane już mojej rodzinie? Robiłem zdjęcia, ale ani moja mama ani ciocie nie pamiętały już dokładnie tamtego krajobrazu.

W Kalinigradzie zaopatrzyłem się w plan miasta z przedwojennymi nazwami ulic. Taksówką udałem sie na miejsce, gdzie mógł przed laty znajdowac się obóz. Był płot, jakieś zabudowania za nim. Kawałek dalej nawet jakieś więzienie. Lecz czy to to? Ze zdjęć znów nikt nie rozpoznał.

Zbyt krótko stałem w Kaliningradzie, aby zdołać wybrac się jeszcze do miejskiego muzeum, gdzie byc może dowiedziałbym się czegoś więcej. Może innym razem...

W Królewcu starsi pracowali gdzieś w mieście. Prawdopodobnie przy budowie umocnień przed zbliżającym się frontem. Moja mama, która miała wtedy niecałe dziesięć lat i jej dwie, nieco starsze siostry (trzecia, najstarsza pracowała już z dorosłymi) zostawały w czymś w rodzaju dziecięcej ochronki, albo Kinder Garten. One nazywały to jasłem.

W jaśle opiekowały się nimi Ukrainki. Nie był to czas dobrych wspomnień. Placki smażone przez owe kobiety wyłącznie dla swoich własnych dzieci i odmowa kubka wody dla pozostałych. Dostawały coś do picia rano, a potem nie było szans aż do następnego posiłku. Z tamtego okresu utkwiła im w pamięci jedna z Ukrainek, która była wyjątkowo nieprzychylnie nastawiona do tej masy zamkniętych za drutami dzieciaków. Wykorzystywała natomiast wszystkie swoje układy by zapewnić co najlepsze dla swojego własnego dziecka. Od jedzenia po miejsce do spania. Nawet w dzień, kiedy wszystkie dzieciaki zganiano do jednego z baraków, ona swoje prowadzała do innego, służbowego, i tam układała do popołudniowego snu.

Bombardowania wraz z nadciagającym frontem nasilały się. Pewnego dnia zmasowany nalot na port zahaczył też o obóz. Ponoć było to prawdziwe piekło. Bomby rozrywały sie wszędzie, a nie było dokąd uciekać. Przerażone dzieciaki leżały pokotem  w baraku i mogły jedynie czekać na to, co ześle im los.

Wiadomość o zbombardowaniu obozu rozeszła się błyskawicznie. Nie wiem jak to się  ma do dyscypliny pracy (być może Niemcy juz nie byli wtedy tak rygorystyczni), ale ponoć zrozpaczone kobiety biegły z miasta ku miejscu, z którego wśród lejów po bombach sterczały szczątki baraków. Jeśli cuda istnieją, to wtedy zdarzył się jeden z nich. Jako jeden z nielicznych przetrwał barak, w którym stłoczone były dzieci.

Ukrainka, która tak dogadzała swojemu dziecku, a nalot zastał ją wśród całej reszty, wybiegła na dwór jak oszalała, by po chwili wyć z rozpaczy nad ogromnym lejem, który ział w miejscu, gdzie jeszcze przed paroma minutami spało jej maleństwo.

Cienką nitką jest nasz los. Po kruchym lodzie stąpamy przez całe życie.I nie ma tu znaczenia, czy wojenna nawałnica w Königsbergu, czy słoneczny weekend dziesiątki lat później gdzieś na Mazurach. Cieszmy się chwilą.

Jeżeli mówimy nieraz o czymś „co komu pisane”, przypomina mi się historia ocalonej cudem gromady dzieciaków i zgasłego nagle tego małego istnienia.

Point Lisas; 21.09.2007

09:12, searover
Link Komentarze (2) »